Ekitike i Wirtz przywracają Liverpool na dobre tory
Koniec końców żal Newcastle United może dotyczyć nie tego zawodnika, którego latem utracili, lecz tego, który im uciekł.
Gdy Alexander Isak siedział w cieniu za ławką Liverpoolu, dochodząc do siebie po złamaniu nogi, które przerwało jego sezon po burzliwym transferze za 125 milionów funtów z St James’ Park, na murawie show skradł Hugo Ekitike.
Dosłownie – widać to było po cieszynce po drugiej znakomicie wykończonej akcji bramkowej. Był to dobitny pokaz tego, co wymknęło się Eddiemu Howe’owi zeszłego lata.
Liverpool od początku był dla Ekitike pierwszym wyborem, mimo starań Newcastle, by wyciągnąć go z Eintrachtu Frankfurt za początkową kwotę 69 milionów funtów. Dla Howe’a, biorąc pod uwagę kolejny mizerny wynik na wyjeździe, pocieszeniem może być jedynie fakt, że najwyraźniej potrafi rozpoznać klasowego piłkarza.
Wkład Ekitike wyrwał Liverpool z poszarpanego początku spotkania, w którym po raz kolejny szybko znaleźli się pod kreską, a kolejne trafienie Floriana Wirtza dało ten oddech, którego trener Arne Slot mógł się trzymać w obliczu narastającej presji.
Nie zabrakło też wzruszającego momentu – Ibrahima Konaté, który poprosił o skrócenie urlopu okolicznościowego po śmierci ojca, zdobył w doliczonym czasie czwartą bramkę, a łzy same napłynęły mu do oczu.
To, że wieczór zakończył się skandowaniem "Champions, Champions, Champions", mówiło wszystko o randze wyniku, na który Anfield czekało zbyt długo.
Oczywiście The Kop powinna śpiewać, póki może – wkrótce te słowa mogą stracić aktualność. Jednak w tym występie, w którym Liverpool w końcu opanował sytuację z Newcastle, a zwłaszcza rajdy Anthony’ego Gordona, było sporo elementów, które – jeśli zostaną powtórzone – mogą stać się fundamentem walki o miejsce w czołowej czwórce.
Był to pierwszy ligowy mecz wygrany przez The Reds po odrobieniu strat od dnia, w którym przypieczętowali mistrzostwo w kwietniu ubiegłego roku, rozbijając Tottenham 5:1. Kluczowe jest jednak to, czy uda się to kontynuować.
Znaczenia tego wyniku nie da się przecenić w momencie, gdy niemal wszyscy szukają dziury w całym.
Niespełna 90 minut przed pierwszym gwizdkiem Ekitike pojawił się na murawie w czerwonej kurtce i dżinsach. Przy bliższym spojrzeniu okazało się, że także reszta zespołu porzuciła standardowe dresy na rzecz miksu stylizacji Tommy’ego Hilfigera, zgodnie z wymogami niedawnej umowy sponsorskiej z amerykańską marką.
Te stroje nie wywołały takiego poruszenia jak białe garnitury Armaniego przed finałem Pucharu Anglii w 1996 roku, zakończonym porażką, ale Liverpool musi wyróżniać się futbolem, nie modą. I – na swój sposób – właśnie to zrobił.
Andy Cole i Rob Lee trafiali do siatki, gdy Newcastle po raz ostatni wygrało na Anfield ligowy mecz, a przez kolejne 32 lata klub doświadczał już niemal wyłącznie nieustannej frustracji.
Pozbawieni Bruno Guimarãesa i Joelintona (obaj raczej nie wrócą na środowy rewanż półfinału Pucharu Ligi z Manchesterem City), goście z zapałem ruszyli, by spróbować wymazać tę fatalną statystykę, robiąc wszystko to, czego Liverpool nie lubi i z czym ma największe problemy.
Były długie piłki, lawina stałych fragmentów, wbiegnięcia za linię obrony oraz fizyczny styl gry, który najpierw zakończył się wylądowaniem Alissona w siatce po wczesnym rzucie rożnym, a chwilę później powaleniem go po starciu z Gordonem, za które skrzydłowy szybko obejrzał żółtą kartkę.
Gordon wcześniej odepchnął też Alexisa Mac Allistera – Argentyńczyk wyraźnie to podkreślił – i wyglądał na zdeterminowanego, by grać na granicy ryzyka, mimo że w analogicznym spotkaniu w sierpniu został wyrzucony z boiska. Wkrótce jednak odcisnął swoje piętno w bardziej klasyczny sposób.
Harvey Barnes huknął z rzutu wolnego w obramowanie bramki, Lewis Hall przeciął pole bramkowe kapitalnym dośrodkowaniem, które w niewytłumaczalny sposób minęło partnerów, i coraz wyraźniej czuć było, że gol dla gości wisi w powietrzu.
Joe Willock ruszył lewą stroną, a Mac Allister, próbując powstrzymać zapędy Barnesa, zdołał jedynie trącić piłkę wprost pod nogi Gordona. Przyjęcie i strzał między nogami Milosa Kerkeza posłały futbolówkę w róg bramki. Anfield jęknęło, a Virgil van Dijk krzyknął: "Za dużo miejsca, za dużo miejsca".

Howe żałował, że w okresie tak wyraźnej dominacji jego zespół nie stworzył więcej klarownych sytuacji.
– Zdobyliśmy bramkę, uciszyliśmy trybuny i wiele rzeczy robiliśmy nieźle, jednak broniliśmy się niewystarczająco dobrze – powiedział. – To, że straciliśmy cztery gole, jest dla mnie zagadką.
Brzmiało to jednak nieco małostkowo, biorąc pod uwagę klasę, jaką zaprezentował Ekitike. Liverpool w tym sezonie zazwyczaj wchodzi w mecze wolno. Ekitike przeciwnie – od razu wskoczył na pełne obroty i nie zwalnia. Nie powinno dziwić, że to Wirtz zaliczył asystę przy wyrównaniu, zważywszy na coraz lepsze porozumienie obydwu zawodników. Wspólnie mieli już udział przy sześciu golach – więcej niż jakikolwiek inny duet w Premier League.
Wirtz zatańczył z piłką, mijając coś, co przypominało czarno-biały mur obronny, a Jacob Ramsey, Kieran Trippier i Anthony Elanga byli bezradni, próbując go zatrzymać. Wycofanie piłki pozwoliło Ekitike wykończyć akcję strzałem przy bliższym słupku.
Huk trybun ledwie ucichł, gdy Kerkez dostrzegł Ekitike pozostawionego w ogromnej przestrzeni na lewej stronie i zaprosił go do pojedynku z Malickiem Thiawem. Napastnik rozejrzał się za opcjami podania, po czym wcisnął gaz do dechy, minął rywala i uderzył obok Nicka Pope’a.
– Każdy widzi, jak wyjątkowy jest ten zawodnik i jaką ma szybkość. To było chyba najlepiej widać przy drugim golu – powiedział Slot. – Poszedł w pojedynek jeden na jednego i minął rywala zewnętrzną stroną, co w dzisiejszym futbolu jest bardzo trudne. Jego największy postęp to praca bez piłki i to jest niezwykle pomocne oraz konieczne dla każdej drużyny, a już szczególnie dla zespołu, który chce pressować przez 95 minut.
Rzut oka na historię tego pojedynku – pamiętne wyniki 4:3, Kevina Keegana skrywającego rozczarowanie za bandą reklamową i gole strzelane w ostatnich minutach – sugerował, że w tym meczu jeszcze wiele może się wydarzyć.
Ekitike zmarnował okazję na hat-tricka po tym, jak wytrącił z równowagi Dana Burna, a Alisson obronił potężny strzał Barnesa lewą nogą, zanim szalona wymiana ciosów dobiegła końca. Thiaw stracił piłkę, Liverpool ruszył z kontrą i Wirtz zdobył swojego szóstego gola w dziesiątym występie, wymieniając podania z Mohamedem Salahem.
Zostało jeszcze miejsce na Konaté, znakomitego przez cały mecz, który wykorzystał błąd Pope’a i wcisnął piłkę do siatki. Emocje wzięły nad nim górę, a obrońca powiedział później:
– To były bardzo trudne dwa tygodnie dla mnie i mojej rodziny. Widziałem sytuację w zespole, mieliśmy kontuzjowanych zawodników. Trener powiedział, że mogę poświęcić tyle czasu, ile potrzebuję i nie muszę się spieszyć z powrotem, ale w tej sytuacji ważne było, żebym wrócił i pomógł drużynie.
Dla Liverpoolu – i dla Slota – taka chwila wytchnienia była niezbędna.
Paul Joyce

Komentarze (5)