Szobo dźwiga Liverpool na barkach, a reszta po prostu zawodzi
Niedzielny upadek Liverpoolu był wyjątkowo okrutny dla Dominika Szoboszlaia.
Węgierski pomocnik był o krok od tego, by zostać bohaterem starcia z odwiecznym rywalem – Manchesterem City – na Anfield. Wszystko wskazywało na to, że to on zapewni „The Reds” zwycięstwo, dokładając kolejny rozdział do swojej rosnącej kolekcji magicznych momentów. Jego potężny rzut wolny z ponad 30 metrów był absolutnie nie do obrony i z impetem wpadł do bramki Gianluigiego Donnarummy.
Virgil van Dijk i Ibrahima Konaté złapali się za głowy z niedowierzaniem, obserwując ten strzał. Trudno jednak mówić o zaskoczeniu – Szoboszlai wielokrotnie w tym trudnym sezonie brał na siebie odpowiedzialność i ratował zespół w kluczowych momentach.
Tylko Hugo Ekitike może pochwalić się lepszym dorobkiem strzeleckim – osiem goli Węgra czyni go jednym z najskuteczniejszych zawodników Liverpoolu, a siedem asyst stawia go na czele klubowej klasyfikacji kreatywności. Cztery gole bezpośrednio z rzutów wolnych w sezonie 2025/26 sprawiają, że „The Reds” nie mieli tak groźnego specjalisty od stałych fragmentów gry od czasów Luisa Suáreza, który zdobył pięć takich bramek w sezonie 2012/13.
Te liczby robią jeszcze większe wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak często Arne Slot zmuszony był przesuwać Szoboszlaia na inne pozycje, by łatać kadrowe dziury. Węgier nie ukrywał, że nie chce grać na prawej obronie – i trudno się dziwić, skoro jest najbardziej kompletnym pomocnikiem w drużynie. Mimo to, w obliczu plagi kontuzji, zawsze stawiał dobro zespołu na pierwszym miejscu.
W niedzielnym meczu żaden zawodnik – ani Liverpoolu, ani Manchesteru City – nie miał tylu kontaktów z piłką co Szoboszlai (aż 113), co najlepiej obrazuje jego wpływ na grę oraz odpowiedzialność, jaką bierze na siebie.
Po raz kolejny w tym sezonie okazało się jednak, że jego wysiłki zostały zaprzepaszczone przez błędy kolegów. Jego genialne trafienie dawało Liverpoolowi prowadzenie jeszcze w 84. minucie, lecz chaotyczna końcówka sprawiła, że gospodarze w dramatyczny sposób wypuścili zwycięstwo z rąk. Był to najpóźniejszy moment w historii występów Liverpoolu w Premier League, gdy prowadzili w meczu, który ostatecznie przegrali.
Sytuację pogorszyło jeszcze wykluczenie Szoboszlaia w doliczonym czasie gry. Węgier sfaulował Erlinga Haalanda, powstrzymując Norwega przed strzałem do pustej bramki, gdy Alisson znajdował się daleko od bramki. Uratował zespół przed utratą gola, ale zapłacił za to czerwoną kartką i zawieszeniem na jeden mecz.
Gdy sędzia Craig Pawson, po interwencji VAR, ogłaszał decyzję, Szoboszlai odpowiedział jedynie ironicznym uśmiechem, po czym udał się do tunelu. Jeszcze chwilę wcześniej był bohaterem – teraz musiał mierzyć się z brutalnym zwrotem wydarzeń.
W efekcie opuści środowy mecz ligowy z Sunderlandem. Arne Slot będzie zmuszony postawić na Curtisa Jonesa lub Wataru Endō na prawej obronie. Sytuacja kadrowa pozostaje bowiem bardzo trudna – kontuzjowani są Jeremie Frimpong i Joe Gomez, a Conor Bradley pauzuje od dłuższego czasu.
– Jeremie na pewno nie będzie dostępny – przyznał Slot.
– Nie spodziewam się też powrotu Joe do środowego meczu. Musimy podjąć decyzję. Dom zagrał bardzo dobrze na tej pozycji, ale niestety nie będzie mógł wystąpić.
Bramka Szoboszlaia dołączy do grona najbardziej efektownych, lecz ostatecznie bezwartościowych goli w historii Liverpoolu – obok pamiętnego trafienia Daniela Sturridge’a w finale Ligi Europy z Sevillą w 2016 roku w Bazylei.
Po spotkaniu Slot nie krył frustracji decyzją Pawsona, który nie wyrzucił z boiska Marca Guéhiego za cyniczne zatrzymanie Mohameda Salaha tuż przed polem karnym przy bezbramkowym remisie. Obrońca mógł mówić o szczęściu, kończąc akcję jedynie z żółtą kartką. Nie była to jednak historia o rażącej niesprawiedliwości – Liverpool przegrał przede wszystkim na własne życzenie.
Klub po raz kolejny sam sobie zaszkodził, a jego nadzieje na awans do Ligi Mistrzów poniosły poważny uszczerbek. Trudno zrozumieć, dlaczego gospodarze w tak pasywny sposób rozpoczęli spotkanie i w praktyce oddali pierwsze 45 minut rywalowi.
Takie podejście całkowicie neutralizuje „czynnik Anfield”. Gdy oddajesz inicjatywę przeciwnikowi, pozwalasz mu nie tylko wejść w mecz, ale wręcz przejąć pełną kontrolę. Manchester City mógł grać swobodnie i dominować, a kibice Liverpoolu długo nie mieli powodów do optymizmu. Atmosfera na trybunach była daleka od tej, znanej na Anfield.
Statystyki Opta nie pozostawiają złudzeń. Liverpool dopuścił do 10 strzałów w pierwszej połowie — to wyrównany rekord w historii domowych meczów klubu w Premier League. City miało 61 procent posiadania piłki, a skuteczność podań w tercji ataku wynosiła aż 84 procent. Dla porównania, Liverpool osiągnął w tej strefie zaledwie 43 procent celnych zagrań.
Plan Arne Slota wydawał się jasny: gra długą piłką i próby wykorzystania przestrzeni za linią obrony City. W praktyce jednak koncepcja ta kompletnie zawiodła. Gospodarze seryjnie tracili piłkę w prostych sytuacjach i przed przerwą nie zmusili bramkarza rywali do ani jednej interwencji.

– W pierwszej połowie City było lepszym zespołem, choć nie stworzyło wielu stuprocentowych okazji. Grali łatwiej i pewniej przy piłce – przyznał Slot.
– Po przerwie nasze standardy wyraźnie się podniosły, szczególnie pod względem intensywności. Pressowaliśmy na całym boisku i to największy postęp, jaki zrobiliśmy w ostatnich trzech–czterech miesiącach. Cały zespół potrafi teraz na najwyższym poziomie pracować bez piłki. Druga połowa była fantastyczna.
– Spodziewałem się więcej niż prowadzenia 1:0, ale tak się nie stało, a potem straciliśmy dwa gole…
Nie ma tu wielkiej filozofii. Gdy po przerwie Liverpool przyspieszył grę i podniósł intensywność, Anfield natychmiast ożyło. Wzrost decybeli na trybunach dodał piłkarzom energii, a Manchester City stracił rytm. To musi stać się punktem odniesienia na przyszłość — w przeciwnym razie Slot zacznie tracić zaufanie kibiców.
Liverpool powinien rozstrzygnąć ten mecz na swoją korzyść znacznie wcześniej. Hugo Ekitike wybrał fatalny moment na utratę skuteczności, marnując dwie doskonałe okazje. Kolejną zmarnował Florian Wirtz, którego strzał był pozbawiony odpowiedniej determinacji. Mohamed Salah, mający pięć prób, nie potrafił przełamać niemocy — nie strzelił gola w siódmym kolejnym meczu ligowym.
Zamiast pójść za ciosem po kapitalnym rzucie wolnym Dominika Szoboszlaia, Liverpool cofnął się i zapłacił za to najwyższą cenę. Różnica jakości na ławkach rezerwowych była aż nadto widoczna — City wzmocniło się wejściem Rubena Diasa i Rayana Cherkiego.
Slot zbyt długo zwlekał ze zmianą nieskutecznego Cody’ego Gakpo, a Curtis Jones wciąż czekał na wejście, gdy goście doprowadzili do wyrównania. Alexis Mac Allister nie zablokował dośrodkowania Cherkiego, Ibrahima Konaté przegrał pojedynek powietrzny z Erlingiem Haalandem, a Bernardo Silva wykorzystał moment nieuwagi Virgila van Dijka i zdobył bramkę.
Równie niepotrzebny był gol na wagę zwycięstwa dla City. Mac Allister i Jones dali się zaskoczyć wbiegającemu w pole karne Matheusowi Nunesowi, a Alisson zachował się zbyt impulsywnie, faulując rywala w sytuacji, w której nie było to konieczne.
Haaland pewnie wykorzystał rzut karny, zapewniając Manchesterowi City pierwsze zwycięstwo ligowe na Anfield przy udziale publiczności od 2003 roku oraz pierwszy ligowy dublet nad Liverpoolem od sezonu 1936/37.
Był to już czwarty raz w tym sezonie Premier League, gdy mistrzowie Anglii stracili decydującego gola w doliczonym czasie gry. Te stracone punkty mogą okazać się niezwykle kosztowne w końcowym rozrachunku w maju.
Slot mówił po meczu o „drobnych marginesach”, ale takich pechowych historii było zdecydowanie zbyt wiele. Prawda jest brutalna — Liverpool nie wytrzymał presji. Dominik Szoboszlai zasłużył na znacznie lepsze zakończenie tego wieczoru.
James Pearce

Komentarze (10)
CO dosamego to mozna go podzielić na 2 częścia - 1 połowę gdy dominował Man CIty który miał więcej na nasze szczęście nasza obrona i bramkarz spisywali się w tym okresie gry dobrze niwelując zagrożenie strony gości. W 2połowie na boisku zarysowałą się dominacja gospodarzy co z czasem przelożyło się na przepiękną bramkę Soboszlaia. Niestety ta bramka wyraźnie otrzeźwiła drużynę gości któta szybko wyrównała na 1:1 po błędzie naszej obrony (zwłaszcza Virgila i Soboszlaia który zgubił linię spalonego przez co nie zadziałała pułapka ofsajdowa). Potem błąd popełnił nasz bramkarz który niepotrzebnie faulował w polu karnym co skrzętnie wykorzystał napastnik gości Erling i i dał prowadzenie the CItizens na 2:1. Końcówka i czas doliczony były dość nerwowe ale pomimo walki i wszelkich prób niestety nie udało sie uratować nawet choćby punktu. Warto jednak patrząc się całościowo na mecz drużynę za walkę do końca za ambicję i determinację.
Na koniec 1 co Należy powiedzieć po takim spotkaniu to to - DUMNY PO ZWCYIESTWIE, WIERNY PO PORAŻCE!!!!