Finał imienia Stevena Gerrarda, wspomnienia sprzed 20 lat
13 maja 2006 roku, około godziny 18:00, a marzenia Liverpoolu o Pucharze Anglii powoli umierają.
The Reds Rafaela Beníteza przegrywają 2:3 z West Ham United w finale na Millennium Stadium w Cardiff.
Ponowne wyrównanie stanu rywalizacji wydaje się coraz mniej prawdopodobne, gdy sędziowie sygnalizują doliczony czas gry.
Nogi są zmęczone, skurcze nie dają spokoju. Nadzieja jest nikła.
To po prostu musiał być jeden z tych dni.
Wicekapitan Liverpoolu, Jamie Carragher, skierował piłkę do własnej bramki w 21 minucie, a chwilę później Młoty podwoiły prowadzenie.
Dwanaście miesięcy po cudzie w finale Ligi Mistrzów w Stambule, kolejny decydujący mecz w pierwszej połowie przebiegał nie tak jak powinien.
Jednak, podobnie jak tamtego wieczoru na stadionie Atatürk, Steven Gerrard był wielki.
Po wcześniejszym podaniu do Petera Croucha, którego gol nie został uznany, tym razem Gerrard posyła piłkę w pole karne West Hamu, gdzie Djibril Cisse popisuje się fantastycznym wolejem i przywraca nadzieję przed przerwą.
W dziewiątej minucie drugiej połowy, sam wbiega w pole karne przeciwnika, Crouch zgrywa, a Gerrard pięknie uderza w górny róg bramki.
"Here we go". Powrót do gry stał się faktem.
Jednak Młoty odpowiadają. W 64 minucie gry, źle ocenione dośrodkowanie Paula Konchesky'ego z lewego skrzydła przelatuje nad Reiną i ląduje w bramce The Reds.
Fani Liverpoolu na trybunach i kibice na całym świecie odprawiają rytuały w ciągu kolejnych 25 minut: modlitwa, skrzyżowane palce, okrzyki do ekranu telewizora.
"Po prostu strzelcie. Błagamy, po prostu strzelcie."
Gdy okazuje się, że doliczone zostały cztery minuty, Gerrard nie miał zbyt wiele czasu. Tym bardziej biorąc pod uwagę intensywność tej rywalizacji w upalny, niemal letni dzień.
Kiedy więc piłka trafia do niego na wysokości ponad 35 metrów od bramki, postanawia po prostu uderzyć z całej siły.
- To najlepszy gol w moim życiu - napisze później Gerrard o tym zdarzeniu.
Jego kontakt z piłką jest idealny, posyła ją z szybkością i siłą przez zatłoczone pole karne i - co niewiarygodne - celuje dokładnie w lewy dolny róg bramki.
- Gdybym nie miał skurczów, przyjąłbym piłkę i próbował budować atak – kontynuował Gerrard w swoich późniejszych wspomnieniach.
- Byłem daleko. Za daleko, żeby strzelić, prawda? Dajcie spokój! Bądźcie realistami! Zbyt wielu zawodników w polu karnym? Ale skurcz mnie przekonał.
- Spojrzałem na piłkę. I powiedziałem sobie, że jest dobra na strzał i warto spróbować wycelować, nie mam nic do stracenia.
Zmęczenie jest tak wielkie, że radość po bramce ogranicza się do stuknięcia w nazwisko na plecach. To, za sprawą którego ten finał zostanie zapamiętany.
Dogrywka.
Bramkarz Liverpoolu, jak sam mówi, był do tej pory „beznadziejny”, ale teraz ma swoje momenty.
Reina broni strzał głową Nigela Reo-Cokera, a sparowana piłka trafia w słupek i mija bramkę. Marlon Harewood po dobitce posyła ją nad poprzeczką, a wynik 3:3 prowadzi do rzutów karnych.
W serii rzutów karnych Reina obronił trzy strzały, a ostatni z nich należał do Antona Ferdinand. Liverpool FC po raz siódmy sięga po słynne trofeum.
- Wszyscy zachwycali się tym meczem, 125. finał Pucharu Anglii był nazywany najlepszym w historii, a nawet finałem Gerrard - wspomina Stevie.
- To znaczyło dla mnie bardzo wiele.

Komentarze (0)