LIV
Liverpool
Towarzyski
26.07.2026
00:00
SUN
Sunderland
 
Osób online 391

Od Usúrbil do Liverpoolu. Dlaczego Iraola jest wyjątkowy


Ci, którzy potrafią cierpliwie czekać, często doczekują się nagrody. Przekonali się o tym zarówno Bournemouth, jak i Andoni Iraola. Czas – najcenniejsza waluta, jaką mamy – ostatecznie przyznał rację obu stronom.

W przyszłym sezonie Wisienki po raz pierwszy w swojej historii zagrają w europejskich pucharach, a trener z Usúrbil zasiądzie na ławce Liverpoolu na Anfield. Trudno byłoby jednak zrozumieć, jak Bournemouth awansowało do Ligi Europy i dlaczego właśnie Iraola został wybrany na następcę Arne Slota, bez spojrzenia na trzy niezwykłe lata, które Bask wraz ze swoim sztabem spędził na południu Anglii.

Uczciwość, szczerość, pokora i szacunek – to tylko niektóre z określeń, jakich używa Pablo de la Torre, wieloletni współpracownik Iraoli, opisując nowego szkoleniowca Liverpoolu. Hiszpański trener przygotowania fizycznego, który pracował u boku Iraoli na Cyprze, w Rayo Vallecano i Bournemouth, w rozmowie z dziennikiem AS opowiedział o drodze, jaką wspólnie przeszli w Anglii, oraz o tym, co czeka ich na Anfield. Bo każdy Don Kichot potrzebuje swojego Sancho Pansy.

Od zwolnienia do przejścia do historii… dwa razy

Gdy Bournemouth ogłosiło zatrudnienie Andoniego Iraoli latem 2023 roku, decyzja wywołała sporo dyskusji. Jeszcze większe kontrowersje wzbudziło jednak pozostawienie Hiszpana na stanowisku po dziewięciu kolejnych ligowych meczach bez zwycięstwa.

Pierwszy sezon Baska na Vitality Stadium, a zarazem pierwszy w angielskim futbolu, rozpoczął się fatalnie. Trzy remisy i sześć porażek sprawiły, że Bournemouth z dorobkiem zaledwie trzech punktów spadło na 18. miejsce w tabeli Premier League. Jak później przyznał sam Iraola w rozmowie z AS, przez cały ten okres czuł pełne wsparcie klubu.

Przełom nastąpił w 10. kolejce, gdy Bournemouth pokonało Burnley 2:1. Od tego momentu wszystko zaczęło się zmieniać. Drużyna, która do końca października nie potrafiła wygrać ani jednego meczu ligowego, zanotowała serię siedmiu spotkań bez porażki. Sześć zwycięstw i jeden remis całkowicie odmieniły nastroje wokół zespołu.

Jeszcze chwilę wcześniej mówiło się o możliwym zwolnieniu Iraoli. Nagle Bournemouth stało się solidnym zespołem środka tabeli, a po drodze zaczęły pojawiać się historyczne wyniki. Jednym z nich było efektowne zwycięstwo 3:0 na Old Trafford z Manchesterem United – pierwsze, ale nie ostatnie tego typu osiągnięcie za kadencji Iraoli. To właśnie wtedy jego pozycja na Vitality Stadium zaczęła się umacniać, a nazwisko Baska coraz częściej pojawiało się w rozmowach o najbardziej obiecujących trenerach pracujących w Premier League.

– Równie ważne jak sama praca było to, że klub potrafił zachować cierpliwość. Tak głęboka przemiana zespołu, a nawet całej organizacji, wymaga czasu. Możliwość obserwowania tej ewolucji – zarówno pod względem piłkarskim, jak i ludzkim – była jednym z największych powodów do dumy w mojej karierze. Nic z tego nie byłoby możliwe bez zaangażowania, ambicji i ciężkiej pracy całej szatni – powiedział Pablo de la Torre.

Hasło „zaufaj procesowi” trudno byłoby odnieść do kogokolwiek bardziej niż do Bournemouth pod wodzą Iraoli.

Choć ostatecznie wyniki obroniły decyzję władz klubu, ogromne znaczenie miała również zdolność adaptacji samego szkoleniowca i jego sztabu. Przybycie Iraoli do Bournemouth było wydarzeniem bez precedensu. W ponad 120-letniej historii klubu żaden trener nie pochodził spoza Wysp Brytyjskich. Wcześniej Bournemouth prowadzili wyłącznie Anglicy, Szkoci, Walijczycy lub Irlandczycy. Dopiero przybycie Iraoli i Pablo de la Torre przełamało tę tradycję, dając początek określeniu „hiszpańskie Bournemouth”.

AFC Bournemouth nigdy nie należało do angielskiej elity. Sezon 2026/27 będzie dopiero dziesiątym w historii klubu na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. To jednak miejsce wyjątkowe. Hiszpanie zrozumieli to od pierwszych dni pobytu w Dorset. Nie przyjechali po to, by narzucać własne zasady. Zamiast tego postawili na integrację i szacunek dla lokalnej tożsamości klubu.

Jeszcze w 2008 roku Bournemouth znalazło się na skraju upadku. Zadłużenie przekraczające cztery miliony funtów doprowadziło klub do administracji, a dodatkową karą było odjęcie 17 punktów. W tamtym momencie wielu uważało, że przyszłość Bournemouth jest przesądzona.

Stało się jednak coś zupełnie odwrotnego. W 2010 roku klub awansował do League One, w 2013 roku znalazł się w Championship, a dwa lata później po raz pierwszy w historii awansował do Premier League. Jeszcze dekadę temu Bournemouth nie miało żadnych doświadczeń związanych z rywalizacją z największymi klubami Anglii.

Pięć kolejnych sezonów w Premier League pod wodzą Eddiego Howe’a już samo w sobie było historycznym osiągnięciem. To, co wydarzyło się później za kadencji Andoniego Iraoli, miało jednak okazać się jeszcze bardziej wyjątkowe.

Gdy Iraola trafił na południe Anglii, miał jeden cel – zapisać się w historii klubu. I zrobił to złotymi zgłoskami.

Za trzecim razem się udało

Jak podkreśla Pablo de la Torre, sukces nie bierze się wyłącznie z wyników.

– Kluczowe znaczenie ma proces budowania modelu gry i tożsamości drużyny. Piłkarze muszą uwierzyć w pomysł trenera i całkowicie się z nim utożsamić. Niezależnie od rezultatów największą satysfakcję daje mi świadomość, że byłem częścią grupy, która nigdy nie przestała wierzyć, rywalizować i przekraczać własnych granic – przyznał.

A trudno o lepszy dowód tych słów niż sezon 2025/26, kiedy Bournemouth osiągnęło najlepszy wynik w swojej historii.

Początek rozgrywek był wręcz spektakularny. Po dziewięciu kolejkach Wisienki zajmowały drugie miejsce w tabeli Premier League. Pięć zwycięstw, trzy remisy i tylko jedna porażka sprawiły, że przez moment drużyna Iraoli mogła nawet marzyć o pozycji lidera.

Wydawało się, że wszystko układa się idealnie. Potem przyszedł jednak trudniejszy okres. Bournemouth osunęło się na 15. miejsce i pozostawało w dolnej części tabeli aż do 22. kolejki. Po fantastycznym początku sezonu europejskie puchary zaczęły wydawać się coraz bardziej odległym marzeniem.

– Nie sądzę, żeby nam się udało – mówił kilka miesięcy później Iraola, wspominając tamten moment.

W jego głosie było słychać rozczarowanie, ale nie rezygnację. Nigdy nie przestał wierzyć, podobnie jak jego drużyna.

To właśnie wtedy Bournemouth rozpoczęło serię, która przeszła do historii klubu i całej Premier League. Przez osiemnaście kolejnych spotkań ligowych Wisienki pozostawały niepokonane.

Nie była to seria zbudowana wyłącznie na remisach czy szczęśliwych zwycięstwach. Wręcz przeciwnie. W tym czasie Bournemouth pokonało Tottenham, Liverpool, Arsenal, Newcastle czy Fulham, remisując jednocześnie z Manchesterem City i Manchesterem United. Regularnie odbierało punkty drużynom walczącym o najwyższe cele.

Pablo de la Torre uważa, że właśnie ta mentalność jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów pracy Iraoli.

– Dodałbym jeszcze jego zdolność do budowania drużyn z własnym charakterem i odważnych zawodników, którzy wierzą, że mogą pokonać każdego. Potrafili utrzymać serię bez porażki przez całą rundę, a wcześniej dokonały tego tylko trzy drużyny w historii Premier League – Arsenal, Manchester City i Chelsea – przypominał.

Piłkarze Bournemouth nie tylko uwierzyli, że są do tego zdolni. Naprawdę tego dokonali.

Nagrodą była pierwsza w historii klubu kwalifikacja do europejskich pucharów. Bournemouth awansowało do Ligi Europy sezonu 2026/27. Co ciekawe, jeszcze przed ostatnią kolejką zespół wciąż miał realne szanse na awans do Ligi Mistrzów. Brzmi niewiarygodnie, ale Wisienki zakończyły sezon zaledwie trzy punkty za piątym Liverpoolem.

Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że nawet wtedy członkowie sztabu szkoleniowego wciąż żartowali o walce o utrzymanie. Po zwycięstwie 2:1 na Emirates Stadium, drugim z rzędu nad Arsenalem na jego stadionie, Bournemouth nadal pozostawało w grze o Champions League. Kilka lat wcześniej taki scenariusz wydawałby się całkowicie nierealny.

Pogromcy gigantów

Andoni Iraola sprawił, że Bournemouth zaczęło być wymieniane obok największych historii Premier League. Jego zespół nie tylko regularnie punktował przeciwko czołówce, ale wręcz stał się postrachem klubów należących do tzw. Big Six.

Od momentu przyjścia hiszpańskiego szkoleniowca Bournemouth wielokrotnie udowadniało, że nie zamierza respektować wielkich nazw. Manchester United przegrywał z Wisienkami zarówno na Old Trafford, jak i na Vitality Stadium. Arsenal tracił punkty w bezpośrednich starciach, a Manchester City, Chelsea, Liverpool i Tottenham również przekonały się, jak niewygodnym przeciwnikiem potrafi być drużyna Iraoli.

Szczególnie imponujące było to, że Bournemouth nie osiągnęło tych rezultatów dzięki defensywnemu futbolowi. Wręcz przeciwnie. Zespół grał odważnie, agresywnie i wysoko pressował rywali niezależnie od ich klasy.

To właśnie ten styl sprawił, że nazwisko Iraoli coraz częściej zaczęło pojawiać się w kontekście największych klubów Europy. A Liverpool obserwował wszystko bardzo uważnie.

Bournemouth – fabryka talentów dla Europy

Bournemouth stało się w ostatnich latach jednym z najlepiej funkcjonujących klubów w Europie pod względem wyszukiwania, rozwijania i sprzedawania talentów. Model działania był prosty, ale niezwykle skuteczny: sprowadzać piłkarzy, zanim zrobi się o nich głośno, rozwijać ich, a następnie sprzedawać za wielokrotnie większe pieniądze.

W efekcie Bournemouth niemal co sezon było zmuszone do przebudowy składu. Najlepsi zawodnicy regularnie trafiali do większych klubów, a sztab Iraoli musiał zaczynać wszystko od nowa. Właściciel klubu Bill Foley stworzył na południu Anglii prawdziwą kopalnię talentów, a za ich rozwój odpowiadali między innymi Andoni Iraola i Pablo de la Torre.

– W takim procesie odbudowy drużyny trzeba poświęcić mnóstwo czasu na ponowne wdrożenie zawodników w określony sposób pracy i model gry. Piłkarze, którzy osiągają najwyższy poziom, zazwyczaj rozgrywają ogromną liczbę minut i są bardzo dostępni dla zespołu. Kiedy odchodzą, tracisz nie tylko jakość, ale również ludzi, którzy doskonale rozumieją wymagania i założenia taktyczne – tłumaczył de la Torre.

To właśnie dlatego osiągnięcia Bournemouth robiły tak duże wrażenie. Klub tracił kluczowych zawodników, a mimo to z każdym rokiem stawał się coraz lepszy. Odeszli Dominic Solanke, Antoine Semenyo czy Illia Zabarnyi, a drużyna nie tylko nie zrobiła kroku w tył, ale regularnie się rozwijała.

– Ogromne uznanie należy się również klubowi za sposób wyszukiwania wyjątkowych talentów. To zawodnicy o różnych profilach, ale idealnie się uzupełniający. Dzięki temu można budować drużynę zgodną zarówno z tożsamością klubu, jak i wymaganiami trenera – dodał hiszpański szkoleniowiec przygotowania fizycznego.

Od momentu przybycia Iraoli Bournemouth zarobiło na transferach blisko 390 milionów euro. Jednocześnie klub systematycznie zwiększał wydatki na nowych zawodników – najpierw około 130 milionów euro, później 137 milionów, a następnie ponad 180 milionów. Patrząc jednak na wyniki osiągane przez zespół, trudno było kwestionować słuszność tej strategii. Tym bardziej że kolejni zawodnicy zaczęli przyciągać uwagę europejskich gigantów.

Dean Huijsen, Milos Kerkez, Eli Junior Kroupi, Alex Scott czy Adrien Truffert – to nazwiska, które mogły przynieść Bournemouth kolejne ogromne zyski.

Wszyscy chcieli Iraolę

Jeżeli największe kluby Europy regularnie przyglądały się piłkarzom Bournemouth, naturalne było, że wcześniej czy później zainteresują się również człowiekiem, który odpowiadał za ich rozwój.

Andoni Iraola stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych trenerów na rynku. Dlatego gdy w połowie kwietnia, po wielu miesiącach rozmów, Bournemouth poinformowało, że szkoleniowiec odejdzie po zakończeniu sezonu, dla kibiców była to wyjątkowo bolesna wiadomość. Kończyła się jedna z najpiękniejszych er w historii klubu.

Iraola wielokrotnie powtarzał, że każdy trener musi każdego roku zasłużyć na możliwość dalszej pracy. On zrobił to z ogromnym zapasem. Mimo to uznał, że nadszedł odpowiedni moment na zmianę i zamknięcie rozdziału, który na zawsze pozostanie wyjątkowy zarówno dla niego, jak i dla Bournemouth.

Co ciekawe, decyzję podjął jeszcze zanim doprowadził klub do historycznego awansu do europejskich pucharów. Wiedział, że odchodzi, ale mimo to do samego końca był całkowicie skupiony na pracy. Jego jedynym celem było zapewnienie Bournemouth pierwszego w historii awansu do Europy i zakończenie sezonu w jak najlepszym stylu.

Ofert nie brakowało. Zainteresowanie było ogromne. Ale właśnie w takich momentach najlepiej było widać, dlaczego ludzie pracujący z nim na co dzień określali go mianem wyjątkowego trenera.

– To bardzo inteligentny człowiek. Potrafi przewodzić poprzez przykład, konsekwencję, determinację i działanie. Ma niezwykły dar zachowywania emocjonalnej równowagi w świecie, który bardzo często kieruje się emocjami. Już po pierwszym spotkaniu można było wyczuć, że jest kimś wyjątkowym. Ma niemal niepowtarzalną zdolność analizowania gry i rozumienia jej potrzeb. Potrafi przetworzyć ogromną ilość informacji, a następnie przekazać je zawodnikom w sposób prosty i zrozumiały. Dzięki temu piłkarze są w stanie szybko przełożyć teorię na boisko – mówił Pablo de la Torre.

Po latach wspólnej pracy znał Iraolę lepiej niż większość ludzi w futbolu. I właśnie dlatego jego słowa miały szczególną wartość.

Liverpool wygrał wyścig

Nic dziwnego, że nazwisko Andoniego Iraoli coraz częściej pojawiało się na listach życzeń największych klubów Europy. Chelsea obserwowała jego pracę. Manchester United również. Zainteresowanie wykazywały także Crystal Palace, Milan czy Bayer Leverkusen.

Każdy widział to samo – trenera, który potrafił wydobywać maksimum z zawodników, budować drużyny ponad stan i regularnie osiągać wyniki lepsze, niż wskazywałyby na to możliwości kadrowe.

Mimo to Iraola nie spieszył się z podjęciem decyzji. Czekał, tak jak robił to przez całą swoją karierę.

W kolejnych tygodniach sytuacja zaczęła się jednak klarować. Niektóre kluby obrały inne kierunki, część zdecydowała się pozostać przy dotychczasowych szkoleniowcach. W tym samym czasie Liverpool podjął decyzję o rozstaniu z Arne Slotem.

To właśnie wtedy wszystko nabrało tempa.

Dla wielu kibiców The Reds nazwisko Xabiego Alonso wydawało się naturalnym wyborem. Hiszpan był legendą klubu, doskonale znał Anfield i od kilku lat zbierał znakomite recenzje jako trener. Gdy jednak ten kierunek przestał być realny, uwaga Liverpoolu skupiła się na innym Basku – człowieku, który w Bournemouth stworzył jedną z najbardziej ekscytujących drużyn Premier League.

Wybór nie był przypadkowy.

Jeszcze wcześniej Jürgen Klopp publicznie chwalił pracę wykonywaną przez Iraolę na południu Anglii. Niemiec zwracał uwagę nie tylko na wyniki, ale przede wszystkim na sposób gry Bournemouth.

To właśnie ten styl miał ogromne znaczenie. Liverpool od lat budował swoją tożsamość wokół intensywności, agresywnego pressingu, odwagi i gry do przodu. W sezonie 2025/26 wielu kibiców uważało, że część tych elementów została utracona. Iraola wydawał się idealnym kandydatem, by je przywrócić.

4 czerwca wszystko stało się oficjalne. Liverpool ogłosił zatrudnienie Andoniego Iraoli, a Hiszpan podpisał kontrakt obowiązujący do 2028 roku.

Droga, którą przeszedł, robiła ogromne wrażenie. Z Cypru do Mirandés. Z Mirandés do Rayo Vallecano. Z Rayo Vallecano do Bournemouth. A stamtąd prosto na Anfield.

Historia zatoczyła koło

W tej historii jest jeszcze jeden ciekawy wątek.

Jak przypomina The Times, Liverpool próbował sprowadzić Andoniego Iraolę już jako piłkarza. Miało to miejsce ponad dekadę temu, gdy występował jeszcze w Athletic Club. Angielski klub chciał go pozyskać, ale Bask zdecydował się pozostać w Bilbao. Co więcej, osobiście wysłał do Liverpoolu list, w którym podziękował za zainteresowanie i wyjaśnił swoją decyzję.

Taki gest nie przeszedł wówczas niezauważony. Ani wtedy, ani później.

Po latach los sprawił, że Iraola i Liverpool spotkali się ponownie. Tym razem już nie jako piłkarz i klub, lecz jako trener i jeden z największych zespołów świata. Na Anfield wierzą, że właśnie on będzie człowiekiem, który rozpocznie nową erę.

Dlaczego właśnie Iraola?

Nie chodzi wyłącznie o wyniki. Nie chodzi nawet o historyczny awans Bournemouth do europejskich pucharów.

Liverpool kupił przede wszystkim pewną ideę futbolu. System pracy, który Iraola i jego sztab rozwijali przez lata. Model oparty na intensywności, odwadze i nieustannym dążeniu do doskonałości.

Dane doskonale pokazują charakter drużyny prowadzonej przez hiszpańskiego szkoleniowca. Od początku sezonu 2024/25 Bournemouth znajdowało się w ścisłej czołówce Premier League pod względem odbiorów piłki, działań pressingowych i bezpośrednich ataków.

To zespół, który nie czekał na rozwój wydarzeń. To zespół, który sam je tworzył.

Właśnie dlatego Liverpool uznał, że Iraola pasuje do Anfield. Jego futbol jest pionowy, intensywny i bezkompromisowy – taki, który potrafi porwać stadion i kibiców.

Równie ważna jest jednak jego osobowość. Spokojna, wyważona i daleka od skrajnych emocji.

Po trudnym sezonie 2025/26 Liverpool potrzebował nie tylko dobrego trenera, ale również lidera zdolnego odbudować pewność siebie całego klubu. Właśnie dlatego postawiono na Iraolę.

Na Anfield nie pojawi się zresztą sam. Razem z nim do Liverpoolu przeniesie się również Pablo de la Torre – człowiek, który od lat stoi u jego boku i współtworzy każdy etap tej niezwykłej historii.

Duet, który najpierw odmienił Bournemouth, teraz spróbuje zrobić to samo z Liverpoolem.

A jeśli trzy lata spędzone na południu Anglii czegoś nauczyły kibiców The Reds, to przede wszystkim jednego: cierpliwość bywa nagradzana. A Andoni Iraola już nieraz udowodnił, że warto mu zaufać.

Pablo Montaño

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (0)

Pozostałe aktualności