player
MUN
Manchester United
Premier League
24.10.2021
17:30
LIV
Liverpool
 
Osób online 376

Część IV

Artykuł z cyklu Pepe Reina


Arjen Robben umieszcza piłkę na jedenastym metrze pola karnego przed trybuną Anfield Road. Stoję na środku bramki, wpatrując się w niego niczym jastrząb, kiedy cofa się na obrzeża pola karnego. Za nim widzę kolegów z drużyny, ustawionych w kole środkowym, obejmujących się ramionami, w tle dostrzegam czerwony zarys The Kop. Każdy z osobna modli się o jego pudło i mój sukces.

Rafa Benitez, jak chłopiec z podstawówki, siedzi po turecku na linii bocznej, podczas gdy Jose Mourinho stoi tuż obok. Nie widzę tego. Kibice Liverpoolu gwiżdżą i buczą, byle tylko wyprowadzić go z równowagi. Niczego nie słyszę. W mojej głowie jest cisza, przestrzeń, pozwalająca na dojście do głosu własnemu instynktowi. Robben rozpoczyna swój rozbieg. Patrzę na ułożenie jego ciała i strzał wewnętrzną stroną lewej stopy. Sam rzucam się również w lewą stronę. Czuję piłkę odbijającą się od mojej rękawicy. Anfield eksploduje, a ja zaciskam z ulgą pięści. Nie popadam jednak w zachwyt. W końcu to dopiero pierwszy z serii rzutów karnych wykonywanych przez Chelsea.

Ciężko było stać z boku i patrzeć jak do piłki podchodzi Xabi Alonso. Było mi dużo trudniej niż w chwili, kiedy sam stałem na linii bramkowej i próbowałem wyłapać futbolówkę. Przez cały czas myślisz, że minuty dzielą cię od finału Ligi Mistrzów w Atenach lub znalezienia się na kolanach z twarzą w dłoniach. Starasz się przezwyciężyć to wszystko, wyrzucić z umysłu i skupić się na własnym zadaniu.

Xabi strzela, a piłka prześlizguje się z lewej strony bramki Petra Cecha. Po znakomicie wykonanym przez Bolo Zendena pierwszym karnym, prowadzimy już 2:0.

Ponownie zajmuję miejsce między słupkami bramki, a gdy do piłki podchodzi Lampard, przypominam sobie nagrania, które wcześniej przestudiowałem, jednocześnie zwracając uwagę na język jego ciała. Wybieram właściwą stronę, jednak piłka przelatuje nade mną. Nic nie mogę zrobić. 2:1.

Widzę Steviego, kierującego się w stronę do pola karnego i czuję się pewnie. Nie ma nikogo lepszego na jego miejsce, jednak nawet najlepszym zdarzają się pudła. Nie tym razem. Spokojnie strzela z prawej strony siatki, zmylając Cecha. 3:1.

Następny to Geremi. Kidy rzucam się w kierunku prawego słupka, mój wybór jest trafny, ale piłka leci w sami środek bramki. Udaje mi się zatrzymać ją lewą ręką. Tym razem podskakuję i cieszę się nieco bardziej, choć wciąż nic nie jest pewne.

Kiedy nadchodzi kolej Dirka wiemy, że jeśli strzeli, będziemy w finale. Mam doskonały widok na całe Anfield, z lewej strony pola karnego, naprzeciw Centenary Stand i trybuny Anfield Road. Ustawił mnie tam arbiter, na wypadek gdybym miał bronić kolejną jedenastkę.

Przykucam delikatnie, obserwując, jak Dirk zabiera piłkę z pola bramkowego i ustawia ją na jedenastym metrze. Ten nadprogramowy spacer wydaje się trwać wieczność i wpływa na umysł. Mam nadzieję i modlę się, że nie będę już potrzebny. Dirk zapewnia mi to, kierując futbolówkę w dolny róg bramki i nie dając Cechowi żadnych szans.

Wszyscy oszaleliśmy ze szczęścia. Dirk zaczyna biec w stronę chłopaków zgromadzonych na połowie boiska, ale wtedy dostrzega mnie i rusza w tymże kierunku, wskazując na mnie, gdy zbliżam się do niego z krzykiem. Wpadamy sobie w ramiona, dołącza do nas reszta kolegów, skaczą z radości. Potem kierujemy się w stronę drugiego końca boiska, by świętować przed The Kop. Gdy tam docieramy, słyszymy w tle "You'll Never Walk Alone". "Właśnie dlatego tutaj jestem" pomyślałem "Właśnie to czyni Liverpool wyjątkowym".

To była najlepsza noc podczas mojej kariery w Merseyside. Nie wiedziałem, że ta z 1 maja 2007 roku stanie się także najgorszą.

Stadion opuściłem podekscytowany, a przejeżdżanie pośród świętujących kibiców spotęgowało to uczucie. Wszyscy na ulicach wokół Anfield śpiewali, tłoczyli się w pubach i nie ukrywali radości. Doskonale wiedziałem, że za chwilę sam będę mógł cieszyć się tak, jak oni.

Moi koledzy udali się do Sir Thomas Hotel w centrum, gdzie mogliśmy razem celebrować zwycięstwo. Byłem w drodze do tego miejsca. Jedyne co miałem do zrobienia wcześniej to odwieźć żonę i córkę do domu. Wszystko wydawało się idealne, bo dlaczego by nie? Uczucie, jakie mi wtedy towarzyszyło będę pamiętał już zawsze. Byłem podekscytowany, dumny, triumfujący.

Gdy jechałem drogą prowadzącą do naszego domu powiedziałem Yolandzie, że tą noc będziemy pamiętać do końca naszych dni. Nie myliłem się, ponieważ gdy dotarliśmy do domu szybko zdałem sobie sprawę, że nie wszystko jest w porządku.

Tym, co pierwsze rzuciło mi się w oczy był fakt, że jednego z naszych samochodów nie było na podjeździe. Zażartowałem myśląc, że Yolanda musiała go przestawić. Odparła, że nawet go nie dotknęła i wtedy dotarło do mnie, że pojazdu zwyczajnie tam nie ma. Ze szczytu zostałem brutalnie sprowadzony na twardą ziemię, ale to nie było jeszcze najgorsze.

Weszliśmy do domu i odkryliśmy, że został okradziony. Ktoś wszedł do środka i zabrał moją własność. To był cios poniżej pasa. Ktokolwiek to był, obrabiał mój dom, kiedy ja broniłem strzały Robbena i Geremiego, co pomogło nam w wywalczeniu finału w Atenach. Wiem, że do włamania doszło podczas serii jedenastek, ponieważ policja powiedziała mi, że złodzieje byli w domu przez 40 minut, właśnie w czasie dogrywki i karnych. Prawdopodobnie oglądali to w telewizji w moim własnym domu.

Zabrali skrytkę, samochód i chociaż większość rzeczy można było zastąpić, ich łupem padły także obrączka żony i kilka zegarków, które wiele dla nas znaczyły. Skrzynkę odnaleziono, ale nie zostało z niej wiele, podobnie jak ze spalonego samochodu. Nie zasłużyłem na to. Nie w tamtą noc. Gdyby wybrali jakąkolwiek inną, nie byłoby tak źle.

Musiałem pozostać w domu i wszystkim się zająć, mimo że w Liverpoolu była moja rodzina i przyjaciele z Hiszpanii, którzy chcieli świętować razem ze mną. Fakt, że nie mogli tego robić to upokorzenie. Skończyliśmy spędzając noc z policją, która rozmawiała z nami do 4 nad ranem. Włamywacze prawdopodobnie nie mieli pojęcia co znaczył dla mnie ich czyn i nie przejmowali się, że zrujnowali jedną z najlepszych nocy w moim życiu.

To koszmar, ale jedynym pocieszeniem był fakt, że nikogo nie było wówczas z domu. Moja córka miała wtedy zaledwie 2,5 miesiąca, a my zabraliśmy ją na pierwszy w życiu mecz na Anfield. Tamte chwile nie były przyjemne, ale w życiu jest jak w futbolu. W dobrych momentach wszystko jest wspaniałe, ale nagle coś się zmienia i z hukiem spadasz na ziemię. Kluczowe jest wtedy jak na to zareagujesz. Wiedziałem, że muszę wyrzucić włamanie z pamięci, zupełnie jak kiepski rezultat. Gdybym rozmyślał nad nim, dłużej czułbym się źle, a przecież nie chciałem by złodzieje wywarli na mnie i mojej rodzinie większy wpływ, niż już im się to udało.

Mimo tego, nie mogłem prosić o lepszą pomoc w powrocie do równowagi niż udział w finale Ligi Mistrzów. Nasz skład był w tamtym sezonie silny na tyle, by znaleźć się w finale w Atenach i wyeliminować po drodze kilka drużyn należących do najlepszych na kontynencie.

Może nasi zawodnicy nie mieli aż tak niebywałych umiejętności jak niektórzy z naszych rywali pokroju Messiego czy Ronaldo, ale nadrobiliśmy to ciężką pracą, jednością i duchem zespołu. Dzięki wspólnej pracy i wzajemnemu zaufaniu staliśmy się drużyną trudną do pokonania. Grając w fazie pucharowej turnieju to niezwykle istotna zaleta.

Dzięki temu zdobyliśmy szacunek przeciwników. Nie powiedziałbym, że się nas bali, ponieważ to przesada, ale bez wątpienia darzyli nas respektem. Wiedzieli na co nas stać i nigdy nie byliśmy dla nich łatwym rywalem. Wzrastała także nasza dojrzałość pochodząca z nabieranego doświadczenia i był to jeden z głównych powodów, dla których wyszliśmy z trudnej grupy na mecz przed zakończeniem pierwszej fazy rozgrywek, pokonując u siebie Galatasaray, Bordeaux i PSV Eindhoven.

Nie było to dla nas normalne, ponieważ zazwyczaj musieliśmy walczyć o awans do ostatniej chwili, czasem czekając do ostatniego gwizdka. Tym razem osiągnęliśmy to z łatwością, co sprawiło, iż w Europie upatrywano nas jako kandydatów do końcowego sukcesu, nawet jeśli nie byliśmy mistrzami własnego kraju. Niektórzy mogli wciąż uważać nas za zwyczajny, przeciętny zespół, ponieważ nie radziliśmy sobie równie dobrze w Premier League. Europejskie puchary to jednak zupełnie co innego i udowodniliśmy to dostając się do finału.

Oskarżano nas nadmierną koncentrację na Lidze Mistrzów i niewystarczającą na rodzimych rozgrywkach. Nigdy tak nie było. Wynikało to raczej z nagromadzenia wielu czynników, które pojedynczo nie robiłyby tak wielkiej różnicy, ale zebrane razem sprawiły, iż liczyliśmy się w właśnie Lidze Mistrzów.

Najważniejszym z tych czynników było samo Anfield. Mourinho miał całkowitą rację, mówiąc o sile tego miejsca. Żaden stadion ani ludzie go wypełniający nie wygrali meczu piłki nożnej, wszystko zależy od piłkarzy, ale w całej swojej karierze nie widziałem nigdy obiektu, który ma tak wielki wpływ na wynik spotkania jak Anfield w tamtym czasie.

Przewaga, jaką kibice dają nam podczas europejskich nocy jest ogromna. Mówię to jako osoba przez nich onieśmielona, kiedy przyszło mi występować jako zawodnik drużyny przeciwnej i wspierana na duchu, grając z Liverbirdem na piersi. Inny czynnikiem jest fakt, że łatwiej jest zwyciężyć w 13 czy 14 meczach, które są rozgrywane w przeciągu całego sezonu trwającego dziesięć miesięcy, ponieważ musisz wspinać się na najwyższy poziom tylko okazjonalnie, nie tydzień w tydzień.

Jeśli mowa o taktyce, kilka zespołów nas naśladowało. Takie spotkania odpowiadały nam bardziej niż te rozgrywane w Premier League. Europejski futbol przykłada większą wagę do strategii niż siły fizycznej, natomiast w Anglii wygląda to inaczej. Według mnie, słaba postawa w lidze angielskiej wynikała właśnie z tego, że nasz zespół nie zawsze był w stanie zademonstrować odpowiednią siłę.

Mogliśmy być zorganizowani najlepiej jak to tylko możliwe, ale wtedy nasze starania zostawały niweczone przez przegranie walki o piłkę i szybką odpowiedź rywala. W Anglii to podstawowa cecha futbolu, ale w Europie mało kto tak gra.

Większość z zespołów, na jakie natknęliśmy się w Lidze Mistrzów próbowało przetrzymywać piłkę, a to oznaczało, iż mogliśmy bronić się przywiązaniem do taktyki wyznaczonej przez Rafę. Jest to znacznie trudniejsze, kiedy na drugiej połowie boiska masz drużyny takie jak Stoke City czy Blackburn Rovers, które wrzucają piłkę spod własnej bramki. Ludziom wydaje się, że powinno być to łatwiejsze do zwalczenia, gdyż mowa o podstawowych technikach, jednak w rzeczywistości to nieprawda.

Jak często udowadnialiśmy, byliśmy zdolni do pokonania wielkich drużyn, ale jeśli miałbym wybrać jedno, ulubione zwycięstwo, wymagające wysiłku, wskazałbym to na Camp Nou w 1/8 finału. Wciąż jest to jeden z najlepszych rezultatów w mojej karierze, a wygrana nas silną Barceloną na ich własnym podwórku przyniosło nam wielką satysfakcję.

Dla mnie było to więcej niż zwycięstwo ze wspaniałym klubem. Sposób, w jaki pożegnałem się z Barceloną sprawia, że zawsze zależy mi na osiągnięciu przeciwko nim jak najlepszego wyniku. Miałem szczęście bycia członkiem drużyny Villarealu, która pokonała ich trzykrotnie, ale zwycięstwo z Liverpoolem było jeszcze lepsze. Dzień ten pozostaje jednym z najszczęśliwszych w mojej karierze.

W futbolu zawsze masz coś do udowodnienia. Może chodzić o pokazanie się menadżerowi, dokonującemu selekcji zespołu, krytykom lub po prostu sobie. Tym razem chciałem udowodnić byłemu klubowi, że rozwinąłem się i nie straciłem na odejściu. Wciąż żywię do Barcelony pozytywne uczucia, wielu jej piłkarzy to moi przyjaciele, ale tamtej nocy nie darzyłem ich sympatią. Po prostu chciałem ich pokonać. To nam się udało.

Wydawało się, że to przeznaczenie. Nie da napisać się bardziej nieprawdopodobnego scenariusza meczu niż ten z Camp Nou. Ludzie spoza klubu prawdopodobnie nie dawali nam wielkich szans, kiedy okazało się, że Craig Bellamy zaatakował kijem golfowym Johna Arne Riise, ponieważ obserwatorzy skupiali się na duchu i motywacji zespołu. Jednakże tamten wypadek był jednorazowy. Zazwyczaj nie mieliśmy tego typu problemów i wprost przeciwnie, drużyna zbliżyła się do siebie, ponieważ zasypywano nas pytaniami z zewnątrz.

To co się stało było niewiarygodne (pomiędzy Bellamym i Riise - przyp. tł.), ale później górę wziął wspólny cel i po tygodniu, na Camp Nou obaj strzelili bramki, które dały nam wygraną 2:1.

Wynik mówi sam za siebie, ponieważ nie zwyciężasz w taki sposób na jednym z najtrudniejszych boisk, jeżeli piłkarze nie są jednością. Tamta noc dała nam pewność siebie, którą utrzymaliśmy do samego finału. Kiedy pokonasz Barcelonę na wyjeździe, jedyne co możesz zrobić to wierzyć we własne możliwości.

Bellamy i Riise trafili dzięki swoim bramkom na nagłówki gazet, ale mecz był pamiętny również dla mnie, ponieważ na własne oczy oglądałem jeden z najwspanialszych debiutów i jeden z najlepszych występów w defensywie.

Alvaro Arbeloa podpisał kontrakt krótko przed meczem i w składzie, jaki wystawił menedżer, Arbeloa miał zająć pozycję na lewej stronie defensywy, kryjąc Lionela Messiego. Muszę przyznać, że nie byłem zbyt pewny powodzenia, ponieważ wydawało się to niezwykle trudnym zadaniem dla nowego piłkarza i mówiąc zupełnie szczerze, obawiałem się tego co nastąpi. W rzeczywistości nie powinienem się o to martwić, ponieważ Alvaro poradził sobie z jednym z najlepszych piłkarzy świata tak, jakby był do tego stworzony. Gdziekolwiek znalazł się Messi, był tam również Alavaro, blokując go, odbierając piłkę, niczym prawdziwe utrapienie. Niewielu defensorów wychodzi z pojedynku z Messim zwycięsko, lecz Alvaro się to udało. W dużej mierze dzięki temu wygraliśmy tamten mecz.

Być może nie obdarzono nas uznaniem, na jakie zasłużyliśmy po tamtej wygranej, jednak byliśmy świadomi, jak wspaniała ona była. Niewiele zespołów zwycięża na Camp Nou i Liverpool jest wciąż jedynym angielskim klubem, któremu się to udało.

Ten mecz był częścią hat-tricka, którego prawdopodobnie nie powtórzy nigdy żadna drużyna. W 2007 wygraliśmy na Camp Nou, w 2008 na San Siro i na Bernabeu rok później. Podbiliśmy trzy z europejskich świątyni futbolu w przeciągu trzech lat. Dla Liverpoolu to niezwykłe osiągnięcie, choć w tamtym czasie wydawało się ono pewne, gdyż zasłużyliśmy na każdą z tych wiktorii. To nie kwestia szczęścia. Udaliśmy się na najtrudniejsze stadiony i powróciliśmy z trzema wygranymi.

Gdy będę starszym panem, przesiadującym na bujanym krześle i zanudzającym wnuki opowieściami o tym, co zrobiłem w przeszłości, historię o zwycięstwach nad Realem Madryt, Interem i Barceloną będę powtarzać w kółko.

Gdy po losowaniu okazało się, że zagramy z Chelsea w półfinale, wszyscy pomyśleliśmy "Znów to samo". Jednocześnie byliśmy pewni siebie, ponieważ parę lat wcześniej pokonaliśmy ich w tej samej fazie rozgrywek. Podobny był także scenariusz, ponieważ pierwszy mecz odbywał się na Stamford Bridge, a rewanż na Anfield. Jedyna różnica polegała na tym, że po spotkaniu w Londynie mieliśmy na koncie straconego gola co oznaczało, że aby zagrać w dogrywce sami musimy zdobyć bramkę.

Na szczęście, piłkę do siatki zdołał skierować Daniel Agger, wykonując wcześniej opracowany na treningu wraz ze Stevenem rzut wolny. Piłka zatrzepotała w dolnym rogu bramki przy Anfield Road End. Było to coś, nad czym pracowaliśmy w Melwood przed meczem, ale przeniesienie tego na boisko podczas spotkania było wyjątkowe.

Innym podobieństwem do roku 2005 była atmosfera panująca na Anfield. Przed meczem Stevie i Carra powtarzali nam, że noc tamtego półfinału była najgłośniejszą podczas ich kariery w Liverpoolu. Jeśli kibice byli wówczas głośniejsi niż w 2007 roku, nie mieści mi się to w głowie, ponieważ tamtego wieczoru nie mogłem usłyszeć własnych myśli.

Nawet teraz, gdy widzę w telewizji urywki tamtego spotkania, pierwsze co nasuwa mi się na myśli to hałas, jaki wydawał z siebie tłum. Nie ma znaczenia, jak wiele razy to oglądałem, wrażenie zawsze pozostaje takie samo. Wybuch radości na wszystkich czterech trybunach jaki miał miejsce po tym, kiedy Dirk wykorzystał jedenastkę dającą nam finał to coś, co zapamiętam na zawsze. Złodzieje mogli wtedy obrabiać mój dom, ale nie umniejsza to naszego osiągnięcia, jakim było utorowanie sobie drogi do Aten. Nawet jeżeli popsuło to wspomnienia tamtej nocy.

Podczas gdy my wyeliminowaliśmy Chelsea, w innym półfinale Man United podejmował AC Milan. W moich oczach, United byli drużyną silniejszą i oczekiwałem, że to oni znajdą się w finale. Jednak gdybym miał wybierać preferowanego przeze mnie rywala, wskazałbym Milan. To starszy zespół i nasze szanse na pokonanie ich były większe.

Nie oznaczało to, że nie chciałem zmierzyć się w Atenach z United, wprost przeciwnie. Wówczas byłby to wymarzony finał i od tamtego czasu się to nie zmieniło. Byłby to jeden z największych i najpiękniejszych meczów w historii futbolu. Oczywiście zawsze jest tak w przypadku spotkań finałowych, jednak dodatkowy czynnik to stanięcie naprzeciw siebie dwóch największych rywali, nie tylko w piłce nożnej, ale w sporcie. Porażka byłaby koszmarem. Wygraj i przeżyłbyś jedną z najwspanialszych nocy w życiu. Niezależnie od rezultatu, na zawsze zapisałbyś się w annałach, z powodu radości lub bólu, rozpaczy lub zachwytu. Tym razem cieszyłem się z perspektywy potyczki z Milanem i wyobrażałem sobie, że podobne wrażenia towarzyszą wszystkim piłkarzom i kibicom.

***

Wyczekiwaliśmy na finał w Atenach wierząc, że ponownie możemy odnieść zwycięstwo. Byliśmy drużyną lepszą od tej, która wygrała Ligę Mistrzów dwa lata wcześniej, z większym doświadczeniem i jakością. Jedyne, co mogło się pogorszyć od Stambułu, to poziom Milanu. Ich drużyna zestarzała się, a kilku graczy nie było tak dobrych jak ich poprzednicy.

Powodzenie było kwestią naszego przygotowania i odpowiedniego nastawienia. Oczywiście, menedżer musi zrobić wszystko co w jego mocy, aby w dniu tak ważnego meczu na boisko wyszedł możliwie najsilniejszy skład. Mówiło się, że być może powinienem kilka razy odpocząć, ale chciałem grać i zachowywać kolejne czyste konta, ponieważ walczyłem o Złotą Rękawicę. Moje ambicje mogły okazać się kosztowne, ponieważ gdy na parę tygodni przed finałem mierzyliśmy się z Fulham byłem jednym z zaledwie kilku zawodników, którym Rafa nie nakazał oglądania meczu z boku i nabawiłem się kontuzji, mogącej wyeliminować mnie z gry w Atenach.

Chciałem wyłapać dośrodkowywaną piłkę, ale po jej złapaniu mój kciuk wygiął się w drugą stronę. Było to naprawdę bolesne. Moja pierwszy myśl brzmiała "Cholera, mogę przegapić finał". Niepewność towarzyszyła mi do ostatnich dni przed spotkaniem.

Ostatecznie wystąpiłem w nim z obandażowanym palcem. Oznaczało to, że trenować mogłem tylko dzień wcześniej, co nie było idealnym rozwiązaniem. Nie wydaje mi się jednak, żeby robiło to jakąkolwiek różnicę, ponieważ niewiele mogłem poradzić przy obu golach Milanu. Z pewnością, moje przygotowanie nie było jednak tak dobre, jak sobie to zaplanowałem.

Nie tylko mi towarzyszyły takie kłopoty. Gdy przybyliśmy do Aten okazało się, że konieczna jest zmiana hotelu, ponieważ ten zarezerwowany nie okazał się wystarczająco dobry. Nie wiem czy wybierał go klub czy UEFA, jednak nie spełnił on naszych oczekiwań i nie mieliśmy wyboru.

Znowu, nie było to idealne, ale nie wpłynęło na całokształt. Kiedy grasz w meczu o takiej wadze możesz spać na ulicy lub pod stadionem i będzie to bez znaczenia. Ekscytacja, pasja i waga meczu zawsze wiążą się z zapomnieniem o wszystkim innym i wyłącznym skupieniem na nadchodzącym spotkaniu. Nie możemy tłumaczyć się hotelami czy bolącymi kciukami. Te minimalne odchylenia od normy były bez znaczenia.

Naprawdę wierzyliśmy w zwycięstwo. Jeśli grasz w finale z przeświadczeniem, że przegrasz, co do diabła tam robisz? Równie dobrze możesz pójść do domu, nie dotknąć piłki i obejrzeć w telewizji jak twój rywal odbiera puchar. Finały są po to, by je wygrywać i byliśmy pewni, że nam się to uda. Tamtej nocy byliśmy lepszą drużyną, demonstrującą futbol na wysokim poziomie. W pierwszej połowie mieliśmy kilka okazji, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystać.

Właśnie ze względu na naszą dominację frustrujące było schodzenie na przerwą ze straconym golem, którego klatką piersiową zdobył Filippo Inzaghi, wykorzystując dośrodkowanie z rzutu wolnego. Nie wydaje mi się, żeby o to mu chodziło. Wątpię. Mimo wszystko, w przerwie wciąż czuliśmy, że możemy wrócić do gry i zwyciężyć.

Wiedzieliśmy to również dlatego, że po tym co dwa lata wcześniej stało się w Stambule, mieliśmy nad Milanem psychologiczną przewagę. Mogli prowadzić dwoma lub trzema golami, ale wciąż obawialiby się, że rzucimy się do szaleńczego pościgu i historia zatoczy koło. Oczywiście nie chcieliśmy tego, jednak przyjemna była świadomość, iż nie czuli się zbyt pewnie grając przeciwko nam. Inzaghi zdobył drugiego gola w 82. minucie i nadal pamiętam hałas, jaki wywołało to trafienie. Efekty dźwiękowe z trybun zagłuszyły system nagłaśniający. Te odgłosy pozostaną ze mną na zawsze.

Pomimo przegrywania 2:0 wciąż walczyliśmy, a gdy Dirk zdobył kontaktowego gola, wydawało się, że może dojść do kolejnego cudu. Niestety było już za późno.

Bez wątpliwości porażki są druzgocące, nawet jeśli nie zdałem sobie z tego sprawy od razu. Trudno jest opisać emocje towarzyszące ci w takim momencie, ponieważ przygotowania i sam mecz minęły w mgnieniu oka.

Byłem tak zaabsorbowany walką o zwycięstwo, że nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Gdy teraz wspominam ten mecz uświadamiam sobie, że mógł to być mój pierwszy i ostatni finał Ligi Mistrzów. Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób. Traktowałem to jako kolejne spotkanie i szczerze mówiąc, oczekiwałem, że w następnych latach, Liverpool będzie grał w innych finałach.

Gdybym wiedział wtedy to, co wiem teraz, prawdopodobnie delektowałbym się tamtymi chwilami, ponieważ udział w takim meczu jest wyjątkowym osiągnięciem. To trudne ze względu na rywalizację i niezwykle wysoki poziom prezentowany przez rywali. Byłem tam ze swoimi kolegami z Liverpoolu w 2007 roku, a chwała znajdowała się na wyciągnięcie ręki, trofeum niemal dotykaliśmy własnymi palcami. Jednakże nie trafiło ono w nasze ręce. Tym razem nastąpiła kolej Milanu na uniesienie pucharu, a nasza, na poznanie smaku porażki.

Patrząc wstecz, z pewnością dopisała im odrobina szczęścia. Może po wydarzeniach ze Stambułu los się do nich uśmiechnął, a pierwszy gol Inzaghiego spowodował, że ludzie zaczęli myśleć, iż tym razem to ich imię wygrawerowane jest na pucharze. Gdy w drugiej połowie kontrolowaliśmy grę, trafili do siatki po raz drugi i wszystko zaczęło toczyć się po ich myśli. Wiem, że ludzie mówią "a co gdyby zrobili to inaczej" albo "gdybyśmy zrobili to i to", ale trudno jest rozpatrywać przegraną w ten sposób, ponieważ byliśmy lepszą drużyną, daliśmy z siebie wszystko co mieliśmy. Po prostu nie była to nasza noc.

Gorzej jest przegrywać wielki mecz będąc lepszym, zwłaszcza kiedy mowa o takim finale, ponieważ w tego typu momentach trudno jest być lepszym zespołem. Kiedy bierzesz udział w takim spotkaniu, zostawiasz na boisku serce. Jednak futbol nie zawsze jest sprawiedliwy. Lepsi nie zawsze wygrywają, a w 2007 roku skorzystali na tym piłkarze Milanu, którzy mogli nazwać się ofiarami dwa lata wcześniej. Nie można mówić o braku szczęścia, powinniśmy raczej cieszyć się z naszego sukcesu, jakim było dojście do finały, nawet jeśli nie wznieśliśmy trofeum.

***

Zawsze będę żałował, że znalazłem się w finale i podobnie jak mój ojciec go nie wygrałem. Bólu spowodowanego porażką nie odczułem jednak natychmiast. Byłem szczęśliwy, ponieważ po raz kolejny Liverpool pokazał, że jest jedną z najlepszych drużyn w Europie. Z perspektywy czasu wiem, że jedynie ukrywałem rozgoryczenie. Wmawiałem sobie by nie czuć się smutnym, ale w głębi duszy gościł żal. Wiem to, ponieważ za każdym razem, gdy widzę zdjęcia Paolo Maldiniego trzymającego ten piękny puchar na Stadionie Olimpijskim, myślę sobie "to mogłem być ja". Bycie tak blisko i zaledwie otarcie się o sukces musi być bolesne, ale przypuszczam, że dopada cię to dopiero po jakimś czasie. Być może twoje ciało wytwarza własny środek przeciwbólowy, który ma za zadanie chronić cię przed odczuwaniem nadmiernego rozczarowania. Maldini nie potrzebował kolejnego złotego medalu. Miał ich wystarczająco dużo. Także jego ojciec, Cesare, miał już jeden. Przecież mogli pozwolić rodzinie Reina na posiadanie własnego, prawda?

Tydzień przed finałem, wszyscy udzielaliśmy na Anfield wywiadów i prasa pytała mnie, jak czuję się podążając śladami ojca. Nie potrafiłem ukryć swojej dumy, w końcu Reina, Maldini oraz Manuel i Manolo Sanchis z Realu Madryt to jedyne pary ojciec-syn, które kiedykolwiek zagrały w finale Pucharu Europy. Powiedziałem dziennikarzom, że po tym co stało się w 1974 roku, teraz to nasza kolej, by wygrać. Niestety, myliłem się. Klan Maldinich zrobił to ponownie.

Nie czułem żadnej chorej zazdrości w stosunku do nich. Jedyne uczucie, to potrzeba życzenia powodzenia Maldiniemu i jego ojcu. Byli wspaniałymi piłkarzami, zwłaszcza Paolo, jeden z najlepszych na swojej pozycji. Jego kariera jest przykładem dla każdego. Nikt nie mógłby zazdrościć im sukcesu, nawet jeśli ich radość wiązała się z naszym bólem.

Ojciec nieustannie powtarzał, że aby przegrać finał, trzeba do niego awansować, a po meczu w Atenach powiedział coś, co zmusiło mnie do refleksji "Niezależnie od tego co się teraz stanie, brałeś udział w jednym z największych finałów, zupełnie jak ja w 1974. Może teraz takie mecze będą mieć dług wobec naszej rodziny i pewnego dnia odniesiemy sukces. Musisz iść naprzód i być dumnym ze swojego osiągnięcia". Wiem, że naprawdę tak myślał i wiele to dla mnie znaczyło. Wiem także, że cierpiał z powodu naszej porażki.

Jako ojciec mam świadomość tego jak musiał się czuć wypowiadając w moją stronę te słowa. Z pewnością obdarzenie mnie takim wsparciem musiało być dla niego trudne, ponieważ potem dowiedziałem się, że nie ukrywał łez po zakończeniu meczu. Komentował go dla hiszpańskiego radio i był tak zmartwiony emocje okazały się silniejsze od niego.

Miał rację mówiąc mi, że powinienem zapomnieć o przeszłości, ponieważ rok później byłem częścią reprezentacji Hiszpanii, która zdobyła mistrzostwo Europy, a rodzina Reina wzbogaciła swoją kolekcję o kolejny złoty medal. Nie zdobyliśmy może wszystkich i przeżyliśmy kilka rozczarowań, ale nie radzimy sobie tak źle.



Autor: Olka
Data publikacji: 01.03.2012 (zmod. 02.07.2020)