player
MUN
Manchester United
Premier League
24.10.2021
17:30
LIV
Liverpool
 
Osób online 370

Część VI

Artykuł z cyklu Pepe Reina


Gdy sędzia odgwizdał koniec nerwowego, sobotniego spotkania z Fulham w kwietniu 2009 roku, świętowaliśmy na boisku, podczas gdy nasi fani szaleli za bramką na Putney End. Myślałem, że zostaną przez chwilę, a potem wsiądą do swoich pociągów i autokarów by wrócić na Merseyside, bo czekała ich długa podróż a mecz rozpoczął się późno.

Kiedy wyszliśmy z szatni, by wykonać swoje pomeczowe ćwiczenia, obsługa stadionu powiedziała nam, że musimy poczekać, ponieważ fani ciągle tam są, śpiewają i tańczą. Popatrzyłem na nich i nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem i usłyszałem. „Teraz nam uwierzycie, wygramy ligę” – śpiewali raz po raz. Jeśli jeszcze nie wierzyłem, że mamy dużą szansę, to widok tych kibiców, którzy tak długo czekali, by ponownie cieszyć się mistrzostwem i teraz informowali świat, że to w końcu może być nasz rok, przekonał mnie. Przekonałby każdego.

Od tego momentu naprawdę zacząłem wierzyć, że naprawdę możemy wygrać Premier League. Trafialiśmy słupki i poprzeczki cztery razy w ciągu 90 minut – dwa razy Andrea Dossena, po jednym razie Xabi i Fernando – i wyglądało na to, że będzie to kolejna frustrująca noc dla nas. A potem Yossi Benayoun wyskoczył z golem w doliczonym czasie, strzelając w górny róg. Zdobyć bramkę tak późno, w tak ważnym meczu, to coś wielkiego, zwłaszcza, że wyglądało na to, iż stracimy dwa punkty. Nawet Rafa pozwolił sobie na świętowanie przy bocznej linii, kiedy piłka wpadła do bramki.

Piłkarze tacy jak Yossi, który naprawdę jest moim bardzo dobrym przyjacielem, odmienił losy kliku ważnych spotkań i właśnie w takich chwilach zaczynasz wierzyć, że to może być twój rok, zwłaszcza kiedy wyciągasz zwycięstwo z kapelusza w ostatnich sekundach – tak, jak on to zrobił. A już na pewno wtedy, kiedy zwycięstwo wynosi zespół na sam szczyt ligowej tabeli na siedem meczy przed końcem sezonu.

W sezon 2008/09 weszliśmy głodni sukcesu. Posmakowałem go z Hiszpanią podczas Mistrzostw Europy razem z kilkoma innymi piłkarzami Liverpoolu, jednak po tym, jak byliśmy w Atenach w 2008 tak blisko i nie wygraliśmy niczego, byliśmy zdesperowani, by przywieźć jakieś trofeum na Anfield. Nie było większej nagrody niż ta za zwycięstwo w Premier League.

Jeśli ta sobotnia noc na Craven Cottage była punktem szczytowym, momentem, w którym wszystko wydawało się możliwe, następny dzień był trudny do zniesienia. Nasi rywale w walce o tytuł, Man United, grali u siebie z Aston Villą i zdecydowałem, że lepiej, żebym wyszedł z domu i pograł w golfa, niż siedział w nim, oglądając mecz, krzycząc i przeklinając przed telewizorem w obecności dzieci. Pojechałem na pole golfowe, ale oczywiście ciągle chciałem wiedzieć co działo się na Old Trafford, poprosiłem więc kilku przyjaciół, żeby wysyłali mi smsy, jeśli tylko będą jakieś bramki.

Zagrałem zaledwie kilka dołków, kiedy zabzyczał mój telefon. Przeczytałem wiadomość: Ronaldo 1:0. Żadnej niespodzianki. United grali w domu przed swoją publicznością, a stawką był tytuł mistrzowski. Kilka tygodni wcześniej pokonaliśmy Villę 5:0, więc to było normalne. Wkrótce telefon odezwał się ponownie – John Carew wyrównał. „Gra trwa” – pomyślałem mimo, iż oczekiwałem, że United ponownie przejmie kontrolę. Myliłem się, ponieważ z następnej wiadomości dowiedziałem się, że Villa wyszła na prowadzenie dzięki Gabrielowi Agbonlahorowi.

W tym momencie mój umysł galopował, starając się ogarnąć, co mogłoby znaczyć, gdyby United przegrali. Był też i drugi głos, marudzący gdzieś z tyłu, który mówił mi, żebym się nie podniecał, ponieważ oni wrócą do gry. Zawsze wracają. Pozostało chyba jakieś dziesięć minut, kiedy dostałem kolejną wiadomość o tym, że Ronaldo wyrównał. Moje emocje zmieniły się ponownie kiedy pogodziłem się z nieuniknionym zwycięstwem United.

Jakiś dołek później popatrzyłem na zegarek po raz setny w ciągu jakichś pięciu minut. Za dziesięć szósta - zdobędą tylko jeden punkt. „Nie jest źle” – powiedziałem do siebie, mając świadomość, że zanim zacząłem grać oddałbym wiele, żeby stracili dwa punkty. A potem, kiedy ustawiałem się do kolejnego uderzenia, znowu odezwał się mój telefon. Nie mogłem w to uwierzyć i jakaś część mnie, nawet nie chciała popatrzyć. „Proszę, nie mów mi, że strzelili kolejnego”.

Poczekałem kilka sekund zanim zdałem sobie sprawę, że to musi być koniec meczu i ktoś prawdopodobnie chciał mnie poinformować o tym, po czym otworzyłem wiadomość: „3:2 Macheda”. Uderzyłem, piłka wpadła w wodę, a ja wyłączyłem telefon i poszedłem do domu.

***

Byłem tak blisko zdobycia medalu mistrzowskiego, że to boli. Święty Graal był w zasięgu ręki, jednak ta okazała się za krótka. To była największa szansa od 1990 roku, kiedy Liverpool zdobył mistrzostwo po raz ostatni, jednak czegoś nam zabrakło. To bolało, oczywiście, że tak, ponieważ my wszyscy, którzy siedzimy w piłce, pragniemy zdobywać trofea i dopisywać kolejne rozdziały historii klubu. To cierpienie było tym większe, że przegraliśmy w ostatniej chwili z Manchesterem United, naszymi największymi rywalami.

Nieważne jak to boli, bo i tak musimy zdjąć kapelusze przed United, ponieważ dokonali czegoś, co zadecydowało o tytule. W okresie między Bożym Narodzeniem, a końcem sezonu wygrali 18 z 21 meczów. To była passa, której nie mogliśmy dorównać. Dlatego należy zdjąć kapelusze, ponieważ była to niesamowita sekwencja rezultatów. Trzeba było czegoś specjalnego, by powstrzymać nas przed zdobyciem tytułu mistrzowskiego i niestety oni zdobyli się na coś takiego.

Były chwile kiedy wydawało się, że ich dopadliśmy. Kiedy w kwietniu, podczas meczów u siebie, przegrywali z Tottenham Hotspur i Aston Villą, zaczynałem wierzyć, że zaraz się poślizgną, jednak w obu przypadkach wracali z zaświatów. W meczu przeciwko Spurs udało im się nawet odnieść zwycięstwo 5:2, po tym, jak strzelili wszystkie bramki w drugiej połowie. Byli niczym czarny charakter z filmów, którego nie da się zabić. Za każdym razem, kiedy myśleliśmy, że będą tam, gdzie chcieliśmy, żeby byli, jakoś udawało im się wyślizgnąć.

Ostatecznie nie powinno się nas obwiniać, na pewno nie kiedy skończyliśmy sezon z 86 punktami, co było rekordowym osiągnięciem klubu w Premier League, przegrywając zaledwie dwa mecze podczas całej kampanii. Właściwie to nie powinniśmy przegrać żadnego z nich. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że Tottenham Hotspur okazali się lepsi od nas na White Hart Lane w listopadzie 2008 roku.

Mecz rozgrywał się na przemoczonym boisku, w strugach deszczu, ale udało nam się wyjść na prowadzenie już po trzech minutach, dzięki wspaniałej bramce Dirka Kuyta. Potem mogliśmy zdobyć kolejne cztery, czy pięć, jednak piłka jakoś nie chciała wlecieć do bramki. Spurs strzelili niezasłużonego, wyrównującego gola na 20 minut przed końcem, kiedy Carra wyskoczył ponad wszystkich przy rzucie rożnym. Myślę, że został popchnięty, kiedy był w powietrzu i jakoś tak uderzył piłkę, że ta poleciała w dół, odbiła się i przeszła obok mnie. A potem udało im się zdobyć zwycięską bramkę - na którą zasłużyli jeszcze mniej – i to w ostatniej minucie.

Obroniłem potężny, podkręcony strzał Davida Bentleya, jednak piłka poleciała w kierunku Darrena Benta, któremu udało się ją podać do Romana Pawluczenki, a ten wcisnął nogę przed Daniela Aggera i wbił futbolówkę do bramki. Niewiele mogłem zrobić w tej sytuacji. Gdybyśmy rozegrali ten mecz kolejne sto razy, nie udałoby się im wygrać.

Ten wynik pozwolił Chelsea wyjść na pierwsze miejsce. Musieliśmy pogodzić się z tym, że to było takie jednorazowe wydarzenie i że podczas sezonu, każdy zespół ma taki mecz, którego nie może wygrać. Ten był akurat nasz, a gdyby dopisało nam szczęście, dałby nam kolejne trzy punkty, co mogłoby zrobić dużą różnicę.

Drugi mecz, który przegraliśmy, to spotkanie z Middlesbrough pod koniec lutego, w którym pokonali nas 2:0 kilka dni po tym, jak wygraliśmy z Realem na Bernabeu w Lidze Mistrzów. To była całkowicie inna historia w porównaniu do tego, co zdarzyło się ze Spurs, ponieważ graliśmy naprawdę słabo – na nic nie zasługiwaliśmy i niczego nie dostaliśmy. Mimo to, był to jeden z tych meczów, który zdarza się wszystkim – kiedy to nie jest twój dzień. Niewiele można zrobić, by to zmienić.

Zdobyliśmy 14 punktów w meczach przeciwko pozostałym zespołom ze szczytowej czwórki, pokonując Chelsea i Manchester - zarówno w domu, jak i na wyjeździe – i remisując z Arsenalem na Anfield i Emirates. To niesamowite osiągnięcie, które może nigdy nie zostać powtórzone, ponieważ samo to, żeby przejść cały sezon nie przegrywając z żadnym z największych rywali, jest już wystarczająco trudne. A wygrać cztery z sześciu meczy, to już zupełnie inna sprawa.

To pokazało jak silnym byliśmy zespołem podczas tego sezonu. Nie chodzi tylko o to, że wiedzieliśmy iż byliśmy w stanie pokonać każdego – my udowodniliśmy, że możemy to zrobić. Naszym problemem było to, że zremisowaliśmy zbyt wiele meczów, zwłaszcza podczas 10-tygodniowego okresu w okół Bożego Narodzenia, kiedy straciliśmy 14 punktów w dziewięciu spotkaniach. Zremisowaliśmy z Fulham, Hull i West Ham na Anfield, oraz straciliśmy punkty w meczach wyjazdowych ze Stoke i Wigan. Kiedy pozwala się na coś takiego, szanse że przyjdzie za to zapłacić na końcu, są bardzo duże.

Podczas każdego sezonu jest taki okres, kiedy zespół jest daleki od swej szczytowej formy i ma problemy z jej odnalezieniem. Jakiś miesiąc po Bożym Narodzeniu, czułem, że ani fizycznie ani mentalnie nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Nie wiem dlaczego, ale zwyczajnie nie byliśmy w stanie wyrwać się z tej koleiny, w którą wpadliśmy. Dodatkiem do naszych problemów w lidze, było to, że wylosowaliśmy Everton w Pucharze Anglii i musieliśmy powtarzać mecz czwartej rundy tej kompetycji.

Czasami, podczas tego okresu, futbolowi bogowie byli przeciwko nam i mecz wyjazdowy ze Stoke, 10 stycznia, był tego dobrym przykładem. Wprawdzie nie graliśmy najlepiej na Britannia Stadium, trudnym miejscu dla każdego zespołu gości, jednak ciągle mogliśmy wygrać, gdybyśmy mieli odrobinę szczęścia. Nie zdobyliśmy trzech punktów, bo w prawdzie Stevie miał dwie doskonałe okazje, ale za każdym razem słupki i poprzeczka stawały na przeszkodzie.

Podobnie było kiedy wcześniej graliśmy ze Stoke na Anfield, ponieważ prawidłowo zdobyta bramka Steviego nie została uznana, co kosztowało nas kolejne punkty. Myślę, że podczas sezonu 2008/09 trafialiśmy w słupki i poprzeczki częściej niż jakikolwiek inny zespół i jeśli zebrać wszystkie te szanse razem, można dostrzec, jaką uczyniły różnice, zwłaszcza, jeśli ma się na uwadze, że ukończyliśmy sezon zaledwie cztery punkty za United.

To przykre, że nie zostaliśmy mistrzami, czasami jednak trzeba zaakceptować to, że mimo dołożenia wszelkich starań, inny zespół okazuje się lepszy. Przynajmniej postaraliśmy się o to, żeby piekielnie utrudnić im zwycięstwo. Powinniśmy być z tego dumni.

***

Ludzie dużo gadają na temat wzmocnień, jakich dokonaliśmy przed tamtym sezonem. Mimo iż Robbiemu Keanowi nie wyszło, kiedy przybył, byłem do niego bardzo pozytywnie nastawiony, podobnie jak wielu ludzi w klubie. Był naprawdę świetnym piłkarzem w Tottenhamie, fanem Liverpoolu i miał duże doświadczenie w Premier League, więc nic nie wskazywało na to, że będzie miał jakiekolwiek problemy będąc z nami. Kiedy patrzę na to wszystko, myślę, że przez zapłacenie dużych pieniędzy za piłkarza, który miał być dla nas bardzo ważny, pokazaliśmy jakie są nasze ambicje. Niecierpliwie czekałem na to, jak rozwinie się jego partnerstwo z Fernando w ataku.

Jednak z jakichś powodów, których z całą pewnością nie jestem w stanie wyjaśnić, to wszystko nie wyszło, tak, jak tego oczekiwaliśmy. Coś takiego zdarza się czasami w futbolu. To nie była jedna z tych sytuacji, kiedy menadżer po prostu idzie i kupuje złego piłkarza. My kupiliśmy napastnika, który w Premier League miał wyrobioną markę, jednak to jakoś nie zadziałało. Keane wrócił do Spurs w połowie sezonu i wiele osób oczekiwało, że będziemy mieli problemy, ponieważ jedynym napastnikiem, jakiego posiadaliśmy, był Fernando. Jednak w kolejnych miesiącach współpraca między nim i Gerrardem rozkwitła, a my zaliczyliśmy najlepszą serię jakiej doświadczyłem w Liverpoolu. W ten sposób futbol pokazał, że każdy może się mylić, ponieważ pewne sprawy toczą się inaczej, niż się spodziewamy.

Tamtego lata sprowadziliśmy także Philippa Degena, Andreę Dossenę i Alberta Rierę. Wprawdzie Albert wykonał niezłą robotę, dając nam balans i odpowiednią szerokość, jakich wcześniej nie mieliśmy, to jednak z perspektywy czasu widać, że inni piłkarze mieli problemy. Były takie transfery, które rzeczywiście nie wyszły, ale Rafa i Eduardo Macia, jego szef skautów, mieli własne powody, by je przeprowadzić.

Oczywiście ich występy nie były najlepsze, jednak błędem byłoby wskazywanie tych transferów jako głównej przyczyny tego, że nie zdobyliśmy mistrzostwa. Mieliśmy okazję wygrać więcej meczów, ale nie wykorzystaliśmy ich. Za to należy winić nas wszystkich, jako grupę, a nie jednego czy dwóch piłkarzy, którzy dołączyli do składu i nie zawojowali świata.

Niezależnie od tego, nasza drużyna miała wystarczającą wysoki poziom. Występy Xabiego Alonso i Javiera Mascherano w środku pola miały dla nas olbrzymie znaczenie. To był wspaniały układ, prawdopodobnie najlepsza para pomocników, z jaką miałem okazję grać w jakimkolwiek klubie. Dali nam odpowiedni balans i pozwalali kontrolować mecze. W całej Premier League nie było lepszej dwójki. Kiedy ludzie zastanawiają się nad przyczynami tego, że Liverpool w ostatnich sezonach nie gra najlepiej, powinni umieścić wysoko na liście fakt, iż Mascherano i Alonso nie są już z nami – to byli tak wyjątkowi piłkarze. Podczas sezonu, który ukończyliśmy na drugim miejscu, byli po prostu niesamowici.

Stevie i Fernando zdobyli niewiarygodną ilość bramek i wywoływali przerażenie u naszych przeciwników. Były takie mecze, w których po prostu byli nie do ogrania. Nieważne, co drużyny przeciwne starały się zrobić – ich nie dało się zatrzymać. Wiem, że wielu kibiców Liverpoolu mówi, iż Kenny Dalglish i Ian Rush tworzyło najlepszy atak w historii klubu, jednak jeśli faktycznie byli lepsi niż Stevie i Fernando podczas tego sezonu, to musieli być naprawdę wyjątkowi.

Mieliśmy także Dirka Kuyta na prawej, dla niego nowej pozycji. Spisał się naprawdę dobrze. Mógłbym przejść przez całą drużynę wybierając indywidualności, jednak prawda jest taka, że mieliśmy odpowiedni skład i kiedy tylko byliśmy w stanie wystawić najlepszy na kilka gier z rzędu, byliśmy naprawdę potężni.

Wielu krytyków mówiło też, że nie zdobyliśmy mistrzostwa z powodu krycia strefowego, jednak dowody temu przeczą. Statystyki pokazują, że dla nas system ten był efektywny, a ja z całą pewnością nie mógłbym zdobyć - dzięki największej ilości czystych kont - czterech Złotych Rękawic w ciąg pięciu lat, gdyby był on tak zły, jak niektórzy sądzą. Od tamtego czasu straciliśmy wiele bramek ze stałych fragmentów gry stosując krycie indywidualne, więc zrzucanie całej winy na krycie strefowe jest uproszczeniem.

Trzeba jeszcze powiedzieć, że bronienie się przeciwko stałym fragmentom gry jest znacznie trudniejsze w Anglii, niż w jakimkolwiek innym kraju, a to ze względu na wielkość i budowę fizyczną piłkarzy. Wszystkie zespoły mają problem w takich sytuacjach, niezależnie od tego, czy zdecydują się stosować krycie strefowe, czy indywidualne.

Kolejnym mitem jest to, że straciliśmy szanse na tytuł przez rotację, że zmienianie składu zakłócało rytm i powodowało utratę impetu. Nie byłem w Liverpoolu w 2005 roku, ale to rotacja była jedną z tych elementów, które pozwoliły im zdobyć wtedy Puchar Europy. We współczesnej piłce nożnej jej znaczenie wzrasta, ponieważ menadżerowie starają się tak korzystać ze swego składu, żeby wszyscy piłkarze byli gotowi do gry i zdolni do występów na odpowiednim poziomie. Nie tylko my ją stosowaliśmy.

Alex Ferguson zmieniał swój zespół cały czas i nie przeszkodziło mu to w zdobyciu mistrzostwa, a więc każdy, kto uważa, że Liverpool stracił na nie szansę przez rotację, po prostu się myli.

Byliśmy nawet oskarżani o anty-futbol, ponieważ graliśmy z Mascherano i Alonso na środku. A jednak podczas tego sezonu strzeliliśmy więcej bramek niż inni i o dziewięć więcej niż United, jak więc moglibyśmy być nastawieni na taki styl? To się nie trzyma kupy. Powiem więcej, to pieprzona bzdura. Przegraliśmy tylko dwa mecze i jeśli United wyprzedziło nas, zdobywając 90 punktów, trzeba im po prostu pogratulować. Oczywiście były takie mecze, których żałujemy, ale to zdarza się każdemu zespołowi, nawet United.

W każdym razie trzeba na to wszystko popatrzyć z perspektywy. Łatwo jest wrócić do meczów, w których nie mieliśmy szczęścia, albo w których straciliśmy punkty, których stracić nie powinniśmy. Były jednak i takie mecze, wiele takich, w których zdobyliśmy punkty, mimo iż w trakcie ich trwania przegrywaliśmy. Gazety ponownie zaczęły nazywać nas „Królami Powrotu”, czyli w taki sposób, w jaki nazywały nas po Stambule. To bardzo pasowało, bo było tak wiele meczów, kiedy przegrywaliśmy, a jednak udało nam się wygrać: Portsmouth na wyjeździe, Manchester City na wyjeździe, Middlesbrough podczas pierwszego meczu u siebie, Manchester United na wyjeździe, oraz u siebie i Wigan na wyjeździe.

To było jedną z najsilniejszych stron zespołu – zwyczajnie nie przyjmowaliśmy do wiadomości, że zostaliśmy pokonani i jeśli trzeba było grać do ostatniej minuty, żeby zdobyć zwycięskiego gola, walczyliśmy, aż się udało. Wszyscy. Duch, który był w zespole miał istotne znaczenie, ponieważ niemożliwe jest wygranie meczu, kiedy się go przegrywa, jeśli wszyscy nie są zjednoczeni. To się może zdarzyć raz, czy dwa, ale fakt, że robiliśmy to tyle razy dowodzi, iż trzeba było czegoś więcej niż szczęście.

Nasze nastawienie było takie, że staraliśmy się walczyć aż do 90 minuty, albo do momentu, kiedy sędzia odgwizdał koniec spotkania. Musiało tak być ze względu na naszych fanów, którzy podróżowali z nami po całym kraju, by nas wspierać oraz ze względu na respekt jaki należał się nam i klubowi. Są takie chwile, kiedy część z nas pragnie się poddać, ponieważ zwycięstwo wydaje się niemożliwe. Jesteś gotowy, by podnieść ręce i zaakceptować porażkę, jednak coś w twej głowie mówi, że jesteś piłkarzem Liverpoolu i nie ma takiej opcji, by rzucić ręcznik. Może w innych klubach jest o to łatwiej, ale to jest Liverpool, klub ze Stambułu i innych niesamowitych powrotów. Trzeba być potwierdzeniem tej tradycji, bo jeśli się nie jest, oszukuje się klub i wszystko co się z nim wiąże.

***

Podczas tego sezonu były też takie chwile, kiedy osiągaliśmy niewiarygodne standardy. Dla wielu ludzi najważniejszym wydarzeniem będzie z pewnością zwycięstwo 4:1 z United na Old Trafford, dzień wyjątkowy dla każdego, kto jest związany z klubem. Fakt, iż była to ich największa od 17 lat porażka na własnym terenie, mówi wszystko. Zespoły nie przyjeżdżają na Old Trafford by zrobić im to, co my zrobiliśmy.

Pamiętam jak patrzyłem na potężny wyświetlacz po tym, jak Andrea Dossena, który wszedł z ławki rezerwowych, strzelił naszą czwartą bramkę. To wyglądało po prostu pięknie. Man United 1 – Liverpool 4! Zachowałem ten obraz w pamięci i on tam jest do tej pory – wspomnienie wspaniałego dnia, w którym pokazaliśmy jak bardzo byliśmy dobrzy. Jednak to wszystko nie było takie proste. Tuż przed meczem dowiedzieliśmy się, że Alvaro Arbeloa nie będzie mógł zagrać i Sami Hyypia znalazł się w składzie dosłownie na chwilę przed rozpoczęciem.

Sami był profesjonalistą, kimś, w kogo byliśmy wpatrzeni i zagrał tak, jakby przygotowywał się do tego spotkania od tygodni. Prawda jest jednak taka, że o tym, że będzie grał, dowiedział się na kilka minut przed pierwszym gwizdkiem.

Kiedy sędzia podyktował rzut karny dla United, który oni wykorzystali, wyglądało na to, że będzie to kolejna, standardowa wizyta na Old Trafford. Rzeczywiście sfaulowałem Ji-Sung Parka, wychodząc z bramki. Niewiele mogłem zrobić, by zatrzymać Ronaldo i w tym momencie nikt nie mógł przewidzieć tego, co nastąpiło. Wszystko jednak zmieniło się w momencie, kiedy Fernando wyrównał po tym, jak Nemanja Vidic nie poradził sobie z jego szybkością. Nagle zaczęliśmy kontrolować grę - Stevie strzelił z karnego, Fabio Aurelio cudownym uderzeniem wykorzystał rzut wolny, a potem całą sprawę dokończył Dossena świetnym lobem, po tym, jak zagrałem do niego długą piłkę.

Uważam, że zaliczyłem wtedy asystę. Wiem, że to oni bronili się słabo, po prostu chcę mieć tą możliwość, by powiedzieć, że stworzyłem czwartą bramkę w wyjazdowym zwycięstwie nad Manchesterem United. To coś, o czym będę mógł opowiadać swoim dzieciom i wnukom po wielu latach.

Był to jeden z najwspanialszych dni, od mojego przybycia do klubu. Bardzo się cieszyłem i wiem, że cieszyli się także kibice, którzy zgromadzeni byli w sektorach dla gości. Waga tego zwycięstwa była tym większa, że zostało zaledwie dziewięć kolejek do końca sezonu, wiedzieliśmy więc, że aby mieć jakiekolwiek szanse w tym wyścigu musieliśmy wygrać. Siedząc w autokarze w drodze na stadion obserwowałem policyjną eskortę, a także fanów i wtedy zrozumiałem jak wielki to był mecz. Scenariusz był bardzo prosty – przegraj, a odpadasz z wyścigu, wygraj, to będziesz miał szansę na tytuł. Powrót z tego miejsca, po tym meczu o wszystko, który nie tylko dał nam trzy punkty, lecz posłał także istotną wiadomość, że ciągle jesteśmy w wyścigu, to było dla nas coś specjalnego.

To było wielkie, wielkie zwycięstwo i wracając tego marcowego popołudnia z Manchesteru, myśleliśmy, że naprawdę możemy walczyć o mistrzostwo. Byliśmy bardzo pewni siebie i czuliśmy, że jesteśmy wstanie pokonać każdego. To coś niesamowitego, kiedy można jechać na mecze z takim właśnie uczuciem - to trochę tak, jakby nie ważne było to, co robi przeciwnik, bo mamy gotowe odpowiedzi. To było bardzo naturalne uczucie, ponieważ w tym sezonie wygraliśmy na Bernabeu i zakończyliśmy serie 86 meczów bez porażki na własnym gruncie, jaką miała Chelsea, kiedy wygraliśmy na Stamford Bridge i wygraliśmy na Old Trafford. To swoisty hat-trick. Nie da się wygrać meczów wyjazdowych z największymi klubami, jeśli nie jest się zespołem specjalnym, a tego roku z całą pewnością takim zespołem byliśmy.

Bolało, kiedy United zakończył wyścig wygrywając ligę, oczywiście, że tak. Nie mogłem przestać myśleć, jak to wszystko mogłoby inaczej wyglądać, gdybyśmy nie trafiali w słupki tyle razy, albo gdybyśmy mieli nieco więcej szczęścia wtedy, kiedy było nam najbardziej potrzebne. Nieważne jednak, jakie będę opowiadał historie o pechu, bo w głębi serca wiem, że zostaliśmy pokonani przez lepszy zespół. Skoro zdobyli więcej punktów niż my, znaczy, że byli lepsi – to proste.

Niektórzy ludzie twierdzą, że to my byliśmy lepsi, ponieważ pokonaliśmy ich u siebie i na wyjeździe, jednak takie podejście pasuje do Ligi Mistrzów, rozgrywek, w których już udowodniliśmy, że w dwumeczu jesteśmy wstanie przejść każdego. W Premier League trzeba utrzymywać poziom przez 10 miesięcy i jak dotąd nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Właśnie dlatego ciągle czekamy na tytuł mistrzowski.

Co więcej, to nie tak, że United potrafili utrzymać odpowiednio wysoki poziom tylko podczas tamtego sezonu. Oni robią to od prawie dwóch dekad. Jeśli coś wydarza się tak często, trudno tłumaczyć to szczęściem.

Ludzie narzekają na nich, ponieważ niemal zawsze uda im się strzelić bramkę w ostatniej minucie, ale jest to wynikiem tego, że oni walczą nieustannie, starając się wygrać i w końcu przeciwnicy poddają się. Podczas tego sezonu zdobyli prawdopodobnie jakieś 18-20 punktów tylko dzięki decydującym bramkom, strzelonym w ostatnich 10 minutach meczu i to miało wielki wpływ na to, jak wyglądała końcowa tabela. To widoczna różnica – można być mistrzem. Albo skończyć na siódmym miejscu.

Trzeba mieć instynkt wielkiego klubu, połączony z niezaspokojonym pragnieniem sukcesu. Zmierzyłem się z tym jako piłkarz Liverpoolu i mogę powiedzieć, że to jest jak huragan uderzający w ciebie. Trzeba czegoś specjalnego, żeby móc stanąć przeciwko nim i nie zostać zdmuchniętym. Był taki okres, w którym udało im się zachować czyste konto 14 razy z rzędu – w sumie zaliczyli ich 24 – a coś takiego naprawdę trudno osiągnąć.

Trzeba im oddać to co ich. Oni mają taką mentalność od wielu lat i to jeden z powodów dla których udało im się przewyższyć nas w ilości tytułów. W końcu pobili nasz rekord. Mówię „nasz”, choć tak naprawdę to rekord klubu, nie mój. Nie grałem w żadnym z naszych mistrzowskich zespołów, więc nie mogę się czuć jego współtwórcą. W jakiś sposób to mi akurat pomaga, bo kiedy United zdobył dziewiętnasty tytuł w 2011, nie byłem rozczarowany, że nasz rekord został pobity. Dla tych piłkarzy Liverpoolu, którzy pomogli klubowi stać się najbardziej utytułowanym w historii angielskiej piłki nożnej,to musiało być bolesne, ponieważ rekord należał do nich i był wynikiem ich osiągnięć.

Dla mnie i kolegów z zespołu bardziej bolesne było to, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Boli gdy nie można być zaangażowanym w walkę o tytuł, boli jeszcze bardziej, kiedy jest się tak daleko od czołówki, że nie można nawet zakwalifikować się do Ligi Mistrzów, tak jak to się zdarzyło w sezonie 2010/11. W takich momentach, utrata rekordu czy tytułu schodzi na drugi plan, bo ważniejsze jest to, by być ponownie gotowym do rywalizacji.

To, na co możemy wpłynąć, to nasza przyszłość i zdolność do rzucenia wyzwania im oraz innym klubom. By jednak to zrobić, musimy pogodzić się z tym, że United od 20 lat jest od nas lepszy, a zdobywanie mistrzostwa jest dla nich całkiem normalnym wydarzeniem. Nasz klub ma taki potencjał, że jest w stanie zdobywać tytuły cały czas i ustalać standardy, do których będą musieli dostosować się inni. To od nas zależy, czy możemy to wszystko odmienić i ja wierzę, że możemy. Nie możemy zrobić nic z przeszłością, ale możemy mieć bardzo dobrą przyszłość.



Autor: Asfodel
Data publikacji: 01.03.2012 (zmod. 02.07.2020)