player
EVE
Everton
Premier League
01.12.2021
21:15
LIV
Liverpool
 
Osób online 311

Wyjazd do Berlina (2008)

Artykuł z cyklu Zloty Fanów


”Liverpool potwierdził dzisiaj, że podczas obozu przygotowawczego do nowego sezonu rozegra sparing z Herthą Berlin. Mecz odbędzie się we wtorek 22 lipca o 20:45 na stadionie w Niemczech.”

Ten news opublikowany na LFC.pl 18 czerwca, jak się miało później okazać, wywołał poruszenie niewidziane na tej stronie od momentu sprowadzenia na Anfield Fernando Torresa i zlotu w Grotnikach. Jednak początki były dosyć skromne.

Kto chętny na wyjazd do Berlina

Pomysł był tak oczywisty, że ktoś po prostu musiał na niego wpaść. Tym kimś był mój bardzo dobry kolega, Kubuś. Szybko powstała koncepcja zorganizowania samochodu, bądź skorzystania z jednej z wielu firm przewozowych kursujących regularnie do Berlina, a potem zdanie się na łaskę U czy tam innych S-Bahnów. Jak mówiłem, początki były nieśmiałe, szczególnie patrząc z perspektywy dalszego rozwoju wypadków. No ale skoro pomysł był tak oczywisty, to musiał też ktoś inny nań wpaść. Trzeba tylko było zebrać tych wszystkich ktosiów w jedną kupę. Zatem huzia na forum, szybki post, i o dokładnie o godzinie 19:56 rozpoczęły się oficjalne przygotowania do wyprawy na Berlina pod egidą LFC.pl. Zaczynało się tradycyjnie: „jestem chętny, jeśli tylko…”, „czemu nie?”, „dobry pomysł!”. Z czasem inicjatywa zaczęła się formować w coraz poważniejsze kształty. I choć na początku szukałem transportu dla 15-20 osób, to szybko okazało się, że liczba uczestników przekroczy moje szacowania niemal dwukrotnie. Największym problemem okazały się być jednak bilety na mecz, a raczej ich zdobycie. Bezduszny system internetowej sprzedaży biletów domagał się kart kredytowych, a ich niestety był deficyt. I w tym momencie należą się gromkie brawa i donośne fanfary dla Łukasza „MajaMajewski” Majewskiego, który osobiście wyruszył do Berlina i własnoręcznie zakupił odpowiednią ilość biletów. Łukaszu – jeszcze raz, dziękujemy! Oznaczało to, że wraz ze zorganizowanym już transportem w postaci eleganckiego autokaru marki Mercedes i zaklepanymi akademikami na nocleg, wszystkie problemy logistyczne zostały przezwyciężone. Czerwona ekipa była gotowa do marszu na Stadion Olimpijski w Berlinie.

”Przecież Liverpool to angielska drużyna”

Po przeraźliwie dłużących się dniach, nastał w końcu wtorek, 22 lipca 2008 roku. Jego pierwsze godziny piszący te słowa spędził jednak w pracy, zaś czytelnicy mogą się tylko domyślać jakie katusze przeżywał w oczekiwaniu na godzinę 14. i wyjście z biurowca. Na zewnątrz czekała już na mnie moja lepsza połowa, Asia, która pojawiła się w Szczecinie jako pierwsza z przyjezdnych i życie umilała mi już od poniedziałku wieczorem. Wspólnie udaliśmy się jeszcze do banku po zakup ojro a stamtąd już na punkt zbiórki, czyli dworzec PKP Szczecin Główny, gdzie mieliśmy zebrać się z pozostałymi członkami ekspedycji. Tuż po wyjściu z tramwaju naszym oczom objawił się Banan i jego kolega a chwilę później dołączyli do nas m. in. Daria Maytmana, sam Maytman oraz Jamie. Na peronie czekali już na nas Joana oraz Pelcu ze słynnym już bannerem. Szybkie się zaznajomienie nawzajem, parę fotek na rozgrzewkę aparatów, wymiana uwag nt. podróży były tylko przedsmakiem tego, co miało się dziać zaraz, gdyż na stację przyjechał pociąg z Poznania. Wylała się z niego prawdziwa czerwona fala, która okazała się być lwią częścią uczestników wyjazdu. Okazało się też, że jedzie z nami nasz własny Dirk Kuyt, czyli niejaki Kasta. Po gorącym przywitaniu i szybkich zakupach (tytuł tej części tekstu to cytat ze sprzedawcy po ujrzeniu czerwonej chmury wypełniającej jego raczej niewielki sklepik), z pieśnią na ustach udaliśmy się do autokaru, który czekał już na nas niedaleko dworca.

Wir fahren nach Berlin

Zarówno ww. autokar jak i jego kierowca okazali się być równymi towarzyszami podróży. Obydwaj dzielnie znosili nasze śpiewy i nieco ograniczony repertuar, w którym za przerywnik między kolejnym peanami na cześć Liverpoolu, jego zawodników oraz co po niektórych uczestników wyprawy, służyła krótka, acz mocno treściwa przyśpiewka o pewnym fińskim stoperze. Natomiast przerywniki w samej podróży były zapewnione przez mikroskopijne pęcherze ekipy okupującej autobusową The Kop. Koniec końców, w wybornych nastrojach dotarliśmy do stolicy Niemiec. A im bliżej stadionu, tym więcej oznak tego, że już za chwilę odbędzie się na nim tak długo wyczekiwane spotkanie. Fan Herthy wymachujący prowokacyjnie szalikiem w naszą stronę. Fani podążający w kierunku stadionu w koszulkach klubowych, a zdarzały się nawet grupki mieszane – ojciec na czerwono, syn na niebiesko (co w autobusie zostało jednoznacznie skomentowane stwierdzeniem „młody to i głupi”). W końcu dotarliśmy na parking pod stadionem i naszym oczom ukazało się prawdziwe morze ludzi oczekujących na wejście na stadion. Czym prędzej uruchomiliśmy struny głosowe i ruszyliśmy w kierunku bram. Szybko zaznajomiliśmy się z kibicami LFC przeróżnych narodowości. Mi do gustu najbardziej przypadł pewien Niemiec o przeszczerym uśmiechu. Po obmacaniu na bramce, skierowaliśmy się ku wejściom na trybuny w poszukiwaniu naszego sektora. Oczywiście, ani na chwilę nie przestaliśmy śpiewać, dzięki czemu staliśmy się główną atrakcją turystyczną i nikt chyba nie jest w stanie zliczyć na ilu zdjęciach i na ilu aparatach znalazła się nasza wesoła kompania. Niebawem odnaleźliśmy sektor M i z miejsca zostaliśmy porażeni ogromem tego obiektu.

Sebastian Leto

Stadion Olimpijski został zbudowany w 1916, a ukończony w 1936 roku, na potrzeby Igrzysk Olimpijskich w Berlinie tamtego roku, zaś ostatnią renowację przeprowadzano w latach 2000-2004. Dzięki nim, stadion ten mieści obecnie 76,000 ludzi. Liczba ta jednak w żaden sposób nie oddaje ogromu tej budowli. Przez krótką chwilę byliśmy zdrowo oszołomieni, jednak szybko poszliśmy szukać naszych miejsc. Tymczasem na murawę niemal dokładnie w tym momencie wybiegli na rozgrzewkę nasi zawodnicy! Błyskawicznie podeszliśmy do barierek aby z jak najbliższej odległości móc obserwować Jamiego, Javiera, Jermaine’a, Daniela, Sammiego i innych, gdy pod czujnym okiem niepozornego Sammy’ego Lee przeprowadzali profesjonalną rozgrzewkę. Mogę chyba za wszystkich powiedzieć, że w tym momencie dla większości z nas spełniło się małe marzenie. Zawodnicy, których oglądaliśmy do tej pory tylko w telewizji, byli tam naprawdę! Kilkanaście metrów od nas! W ruch poszły aparaty, a z gardeł po raz kolejny zaczęły się wydobywać krzyki, tym razem już bezpośrednio w kierunku zawodników. Czasem, gdy w telewizji widać, jak któryś z naszych klaśnie kilka razy w kierunku publiki, nie robi to na nas wrażenia, a często nawet tego nie zauważamy. Jednak wtedy, drobne gesty nawet ze strony Sebastiana Leto przynosiły nam ogromną radość.. Towarzyszyliśmy naszym do samego końca rozgrzewki, potem jednak postanowiliśmy zająć nasze miejsca, choć jak się okazało, było to pojęcie dosyć płynne, i na naprawdę naszych miejscach siedzieliśmy wszyscy dopiero po dobrej pół godzinie meczu. W tzw. międzyczasie nad sektorem dla kibiców The Reds, zawisł nasz wspaniały banner, który dumnie prezentował się tam przez całe spotkanie.

Piłka w grze

O samym meczu nie ma co za dużo mówić, wszystko o grze mówiła relacja live na naszym serwisie. Jednak żadna relacja nie odda atmosfery panującej na stadionie. Dziesiątki tysięcy kibiców odśpiewujących, choć jak dla mnie wyjątkowo lipny i raczej mizerny hymn Herthy, z pewnością robiło wrażenie. Nie zabrakło oczywiście „You’ll Never Walk Alone” – to był niewątpliwie piękny moment. Nasz wspaniały hymn rozbrzmiewał na tak wielkim obiekcie, a my mogliśmy wyśpiewać go na cały regulator wraz z pozostałymi kibicami The Reds. Niesamowita chwila. Mecz trwał, minuty mijały niezwykle szybko, a doping z obu stron nie słabł. Można sobie tylko wyobrazić ryk po przyznaniu nam rzutu karnego. Zaś gdy Woronin tegoż rzutu nie wykorzystał, hałas był taki, że dosłownie czułem jak ziemia mi się trzęsie pod nogami. Bezcenne. W pewnym momencie na telebimie ukazała się liczba widzów na stadionie – 51,641!!! Wow!!! Więcej niż mieści Anfield! Na meczu towarzyskim! Masacra!

And number one is Carragher

Mecz skończył się błyskawicznie, w zasadzie nie wiadomo kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek i stadion zaczął powoli pustoszeć. Mi osobiście w oczy rzucił się niemal niczym nie zmącony porządek panujący na stadionie. Nawet przy takiej ilości osób. Jednak co Niemcy to Niemcy. My jednak nie daliśmy się stamtąd tak łatwo wygonić. I opłaciło się to nam po stokroć, gdyż zaraz po końcu spotkania, cała ekipa The Reds wykonała dwie rundki wokół murawy. I tym razem nie szczędziliśmy im śpiewów i okrzyków, i tym razem nasi zawodnicy nam się odwdzięczyli. Tak mała rzecz, ale czuliśmy się jak dzieci w trakcie wizyty Świętego Mikołaja. Po zejściu zawodników do szatni zrobiliśmy jeszcze kilka fotek z bannerem, potem zostaliśmy już grzecznie acz stanowczo wyproszeni z trybun przez miejscowych ochroniarzy. Nie oznaczało to wcale koniec atrakcji na tamten wieczór. Po wyjściu ze stadionu trafiliśmy jeszcze na sporą grupę kibiców w czerwonych koszulkach, a w środku grupy słusznej postury wodzirej dyrygował śpiewami całej zgrai. Poczuliśmy się wtedy częścią naprawdę wspaniałej, a przede wszystkim niezwykle głośnej grupy. Nasze śpiewy rozchodziły się po całym obiekcie, i znowu dopiero ochroniarze musieli nas popędzić za bramę stadionu. Obyło się, oczywiście, bez żadnych ekscesów, w końcu jesteśmy „best behaved supporters in the land”.

Proszę wycieczki, po lewej strony widzimy

Niechętnie, ale udaliśmy się w końcu w stronę autokaru. Mnie czekała jeszcze przygoda ze znalezieniem koleżanki, która miała z nami wracać, ale zgubiła się gdzieś w rozległych terenach wokół stadionów. Na szczęście, i ta przygoda skończyła się szczęśliwie, i mogliśmy udać się w podróż powrotną. Jeszcze tylko niedługi postój na skosztowanie sławnych berlińskich kebabów (które koniec końców nie różniły się podobno niczym od kebabów w dowolnym polskim mieście) oraz pewnego azjatyckiego przysmaku, który mi osobiście mocno przypadł do gustu. Po drodze do Szczecina nasz drogi kierowca, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiamy, zafundował nam krótką wycieczkę po Berlinie. Okazałe jest to miasto, wspaniale tętni życiem, choć w zgodzie ze swoją mocno zwichrowaną historią. Droga powrotna przebiegła raczej w cichej atmosferze. Niektórzy odsypiali pełen wrażeń dzień, część spokojnie rozmawiał, a wszyscy z pewnością rozpamiętywali to, co było ich udziałem w ciągu kilku ostatnich godzin.

To akademik, or not to akademik

Spokojnie dojechaliśmy do celu jakim były akademiki Akademii Rolniczej, gdzie nastąpiły pierwsze pożegnania, gdyż część osób jechała od razu w kierunku dworca PKP. Ci, którzy mieli zostać przypuścili szturm na pobliską stację benzynową celem uzupełnienia najpilniejszych zapasów. Szturm ten jednak z racji braku sił atakujących był nieco ospały i zakończył się ostatecznie pokojowym rozstrzygnięciem. Nasi po prostu kupili co mieli kupić i grzecznie oddalili się w swoim kierunku. Pod akademikami miała jednak miejsce nie mniej dramatyczna scena. Procesu decyzyjnego, który wówczas zachodził nie powstydziłby się żaden hollywoodzki dreszczowiec. Ostatecznie grupa zadecydowała o serdecznym olaniu nieugiętej i nieskorej do negocjacji pani recepcjonistki i udała się również w kierunku dworca kolejowego. Była to już godzina ok. 3 rano, więc do pociągów pozostało już niewiele czasu. W tym momencie nastąpiła dla Asi i mnie chwila pożegnania reszty grupy, gdyż mój dom znajdował się w pobliżu. Uściskom i podziękowaniom nie było końca. Na szczęście z większością z tej wspaniałej grupy zobaczymy się już wkrótce w Sulejowie, co mocno podtrzymywało mnie na duchu. Następnego dnia kilka kontrolnych telefonów, aby upewnić się, czy wszyscy bezpiecznie dotarli do domów, i tak oficjalnie zakończyła się wyprawa na Berlin pod egidą LFC.pl.

I ja tam z The Reds byłem,

Carlsbergi piłem,

A com widział i słyszał,

W tę relację umieściłem.

Alex



Data publikacji: 31.10.2009 (zmod. 02.07.2020)