Analiza występu Liverpoolu w Pucharze Anglii
Arne Slot nie zamierzał zdawać się na przypadek.
Szkoleniowiec Liverpoolu aż za dobrze pamięta, jak smakuje sensacyjna porażka w Pucharze Anglii — w poprzednim sezonie jego zespół odpadł w czwartej rundzie po przegranej z walczącym o utrzymanie w Championship Plymouth Argyle.
Tym razem, w przedostatnim meczu rundy obfitującej w niespodzianki — z nieligowym Macclesfield eliminującym Crystal Palace czy Wrexham z Championship wyrzucającym za burtę Nottingham Forest — Slot zrobił wszystko, by na Anfield nie doszło do kolejnego „giant killing”. I może odetchnąć z ulgą, bo plan się powiódł.
Holender wystawił bardzo mocny skład na spotkanie z trzecioligowym Barnsley i został nagrodzony awansem do czwartej rundy, w której Liverpool zmierzy się u siebie z Brighton & Hove Albion. Nie był to jednak tak komfortowy wieczór, jakiego można było się spodziewać.
Piękne uderzenia z dystansu Dominika Szoboszlaia i Jeremie Frimponga dały gospodarzom kontrolę nad meczem w pierwszej połowie. Spotkanie zapamiętamy jednak przede wszystkim z powodu jednego z najbardziej kuriozalnych goli, jakie padły na Anfield — Adam Phillips wykorzystał kompletnie niezrozumiały błąd Szoboszlaia, przywracając Barnsley nadzieję tuż przed przerwą (o tym szerzej poniżej).
W drugiej połowie Reyes Cleary upadł w polu karnym po kontakcie z Szoboszlaiem i domagał się jedenastki, jednak sędzia nie wskazał na „wapno”. Powtórki sugerowały, że napastnik Barnsley mógł mieć uzasadnione pretensje — Węgier uniknął kolejnego potencjalnie koszmarnego momentu.
Spokój Liverpoolowi zapewnił dopiero rezerwowy Florian Wirtz, który pięknym strzałem podwyższył prowadzenie, a w doliczonym czasie gry Hugo Ekitike dopełnił formalności, ustalając wynik na 4:1.
Gregg Evans analizuje kluczowe wątki spotkania z Anfield.
Czy właśnie zobaczyliśmy najdziwniejszego gola tego sezonu w FA Cup?
Dominik Szoboszlai długo nie zapomni tej sytuacji — jego błąd doprowadził do jednego z najbardziej absurdalnych trafień, jakie widziało Anfield.
Węgier rozpoczął mecz w imponującym stylu, zdobywając kapitalnego gola, ale to jego kompromitująca pomyłka z końcówki pierwszej połowy zdominowała dyskusję po spotkaniu.
Krótko po tym, jak Liverpool objął prowadzenie 2:0, Szoboszlai cofnął się pod własne pole karne, by asekurować defensywę po prostopadłym podaniu Barnsley prawą stroną. Uprzedził Phillipsa i przejął piłkę tuż przed „szesnastką”.
Wydawało się, że zagrożenie zostało zażegnane.
Zamiast bezpiecznego podania lub wybicia, Szoboszlai — zupełnie niezrozumiale — spróbował zagrać piłkę piętą do Giorgiego Mamardaszwilego. Zrobił to fatalnie.

Phillips, który do końca naciskał pomocnika Liverpoolu, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Dostał piłkę na skraju pola bramkowego i bez problemu skierował ją do siatki.

Anfield na moment zamilkło — kibice byli w szoku nie tylko z powodu samego gola, ale również faktu, że autorem błędu był jeden z najbardziej solidnych i regularnych zawodników Liverpoolu w tym sezonie.
Rzadko kiedy Szoboszlai popełniał jakiekolwiek błędy, dlatego ta sytuacja była kompletnie nie w jego stylu i mogła być oznaką chwilowej dekoncentracji przy dwubramkowym prowadzeniu.
– Przepraszam drużynę. Zrobiłem nam problem przez prosty błąd. Taki jest futbol, idziemy dalej – powiedział Szoboszlai na antenie TNT Sports.
Menedżer Barnsley, Conor Hourihane, również nie krył opinii:
– Byłem trochę rozczarowany tą decyzją zawodnika. Nie sądzę, żeby zrobił coś takiego w meczu Premier League czy Ligi Mistrzów.
Slot także nie był zachwycony:
– To był dziwny wybór. Mam swoje zdanie, ale wolę zachować je dla siebie i porozmawiać o tym z Domem.
Co mocny skład Slota oznacza dla młodych zawodników?
Ponieważ Liverpool stracił już realne szanse na mistrzostwo Premier League, Puchar Anglii wyraźnie zyskał na znaczeniu.
W poprzednim sezonie to eksperymentalne zestawienie zakończyło się kompromitującą porażką z Plymouth. Teraz podejście jest zupełnie inne.
Od pierwszej minuty zagrali m.in. Virgil van Dijk, Szoboszlai, Alexis Mac Allister, Curtis Jones, Cody Gakpo i Frimpong, a ławka rezerwowych była wypełniona klasowymi nazwiskami — na wszelki wypadek. Jak się okazało, słusznie.
Slot dał szansę 17-letniemu Rio, ale nie zdecydował się na szersze wykorzystanie akademii. Pokazuje to dwie rzeczy: po pierwsze, szkoleniowiec mógł uznać, że pozostali młodzi gracze nie są jeszcze gotowi na taki mecz, zwłaszcza po wcześniejszych doświadczeniach (ośmiu wychowanków w przegranym 0:3 meczu Pucharu Ligi z Crystal Palace). Po drugie — nie chciał ryzykować, nawet grając z rywalem z League One.
To obecnie najlepsza szansa Liverpoolu na trofeum i Slot jasno dał do zrozumienia, że nie zamierza odpuszczać. Gdy w drugiej połowie wynik wciąż nie był bezpieczny, na boisku pojawili się Wirtz, Ekitike i Ibrahima Konaté — sygnał był jednoznaczny.
Wirtz początkowo zmarnował dogodną okazję, pudłując prawą nogą tam, gdzie lewa niemal gwarantowała gola. Odkupił jednak winy efektownym trafieniem z kilkunastu metrów po podaniu Ekitike, a chwilę później sam asystował Francuzowi przy czwartym golu.
Jak zaprezentował się Ngumoha?
Anfield od dawna domagało się większej liczby minut dla Ngumohy — i jego występ tylko wzmocnił te głosy.
Był to dopiero trzeci start 17-latka w tym sezonie (choć ma on na koncie więcej minut niż jakikolwiek inny zawodnik w tym wieku w najwyższej klasie rozgrywkowej), a jego gra znacząco zwiększyła szanse na kolejne występy.
Od pierwszych minut imponował odwagą, dynamicznymi rajdami i bezpośrednim stylem gry, wnosząc do zespołu element szybkości, którego Liverpoolowi często brakowało w bieżących rozgrywkach.
Jedynym minusem był moment, gdy w 73. minucie musiał opuścić boisko po niefortunnym rozciągnięciu. Były chwile, w których dało się dostrzec brak doświadczenia, ale jak na swój wiek Ngumoha prezentował się bardzo dojrzale w posiadaniu piłki i pokazał potencjał na przyszłość.
Na szczęście Slot po meczu uspokoił, że uraz okazał się jedynie skurczem mięśni, co nie powinno wpłynąć na dłuższą nieobecność piłkarza.
W ważniejszych spotkaniach Slot częściej stawia na Gakpo lub Wirtza na lewej stronie ataku — co jest zrozumiałe ze względu na ich doświadczenie. Ngumoha jednak, mimo młodego wieku, dysponuje talentem, który przy odpowiednim zarządzaniu może okazać się niezwykle cenny. Z meczu na mecz wygląda coraz pewniej, a to bardzo obiecujący sygnał. Kibice na The Kop docenili jego wysiłek, skandując jego nazwisko.
Gregg Evans

Komentarze (2)