Anfield w 2026 roku - plusy, minusy i kolejki...
„Te kolejki to jakiś żart, stary”.
Dwóch kibiców Liverpoolu idzie w stronę bramki E, prowadzącej na The Kop, i natyka się na kolejkę ludzi, która ciągnie się aż za maszt z flagą stojący na rogu najsłynniejszej trybuny Anfield i trybuny Sir Kenny Dalglish Stand.
Jest 19:17 w miniony poniedziałek, do rozpoczęcia meczu trzeciej rundy Pucharu Anglii z Barnsley zostało mniej niż pół godziny i już wtedy jest jasne, że część kibiców nie zobaczy pierwszego gwizdka. W innych częściach stadionu jest równie źle: przy bramce W kolejka jest tak długa, że sięga aż do klubowego sklepu.
– Kolejka zaczyna się tutaj! – krzyczy jeden z kibiców do znajomego.
– Chyba żartujesz – słyszy w odpowiedzi.
Nastroje wśród fanów stojących na zewnątrz nie wymykają się spod kontroli, ale frustracja jest wyraźna. Trwa ona od 20 listopada, kiedy klub wydał oświadczenie informujące, że każdy kibic wchodzący na Anfield będzie poddawany kontroli w ramach zaostrzonych środków bezpieczeństwa.
Sześć dni później Burnley przyjeżdża na Anfield na ligowy mecz o 15:00 i sytuacja się powtarza. Kilku kibiców publikuje w mediach społecznościowych zdjęcia kolejek, które zyskują jeszcze większy rozgłos, gdy były obrońca Liverpoolu i telewizyjny ekspert Jamie Carragher udostępnia je na platformie X.
Wpływa to na jakość przeżycia dnia meczowego przez kibiców i choć klub pracuje nad poprawą sytuacji, tak właśnie – przynajmniej w najbliższej przyszłości – będzie wyglądało wchodzenie na Anfield.
– W ramach mojej roli w stowarzyszeniu kibiców Spirit of Shankly spotykaliśmy się z klubem, by dowiedzieć się, dlaczego te zmiany zostały wprowadzone i jak planują je usprawnić. Te rozmowy nadal trwają – mówi Gareth Roberts, posiadacz karnetu na The Kop i członek rady kibiców Liverpoolu.
– Celem klubu jest poprawa bezpieczeństwa, co jest zrozumiałe, ale być może wprowadzono to zbyt szybko, zanim przygotowano odpowiednią logistykę. Przekazaliśmy obawy kibiców i mamy nadzieję, że zobaczymy realne usprawnienia.
Kolejki to jednak nie jedyny temat związany z dniem meczowym na Anfield. Stadion, który jest domem Liverpoolu od momentu założenia klubu w 1892 roku, został gruntownie przebudowany pod rządami Fenway Sports Group. Pojemność wzrosła do 61 tysięcy (z 44 tysięcy w 2010 roku), a obiekt wzbogacił się o luksusowe udogodnienia.
Pod wieloma względami Anfield nigdy nie wyglądał lepiej, ale nie wszystko jest odbierane pozytywnie. Wystarczy zajrzeć do mediów społecznościowych lub posłuchać jednego z wielu podcastów o Liverpoolu, by natknąć się na gorzkie komentarze o atmosferze, obawy dotyczące liczby „turystycznych” kibiców oraz rosnące ceny.
Jak więc wygląda dzień meczowy na Anfield w 2026 roku? I na ile krytyka jest uzasadniona?
Alphonse oraz jego dzieci, Xavier i Maddie, ubrani w czapki i szaliki Liverpoolu, pozują do zdjęcia przed herbem klubu na rogu stadionu, gdzie łączą się trybuny Sir Kenny Dalglish Stand i Anfield Road End.
Przylecieli aż z Melbourne w Australii na mecz z Barnsley. Dla Maddie to pierwsza wizyta na Anfield, dla Xaviera druga, a dla ojca trzecia.
– To, co czyni Anfield wyjątkowym, to możliwość zobaczenia wszystkiego na żywo – mówi Xavier. – Dopiero wtedy naprawdę doceniasz, czym Anfield jest.
– To niesamowicie emocjonalne przeżycie, bo tak bardzo kocham ten klub – dodaje Alphonse.
To ich pierwsza wizyta od czasu rozpoczęcia przebudowy stadionu przez FSG: od inwestycji wartych 110 mln funtów w Main Stand po ostatnią modernizację Anfield Road End za 80 mln funtów.
Wchodzą na zupełnie inne Anfield – zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Przebudowane zostały hale wewnątrz trybun, punkty gastronomiczne i bary. Na zewnątrz kibice mogą korzystać ze strefy fana pod trybuną Anfield Road, gdzie niedawno odbyło się losowanie FA Cup. Klubowy sklep został latem powiększony, by sprostać większemu popytowi.
Simon i jego syn Oakley przyjechali trzy godziny autokarem z Taunton w Somerset.
– Przez całą drogę byliśmy podekscytowani, chcieliśmy po prostu tu być i to zobaczyć – mówi Simon, patrząc na syna, który zaniemówił, wpatrując się w stadion. To przypomnienie, jak wyjątkowym miejscem wciąż jest Anfield i co znaczy dla ludzi możliwość zobaczenia go na własne oczy.
Anfield od zawsze gromadziło mieszankę kibiców: lokalnych fanów chodzących na mecze od dekad, zagranicznych sympatyków przylatujących co tydzień (lotnisko im. Johna Lennona w Liverpoolu w dni meczowe pełne jest kibiców ze Skandynawii, Irlandii i Europy kontynentalnej) oraz „jednodniowych turystów”, którzy chcą zaliczyć jeden z najsłynniejszych stadionów świata, nawet jeśli ich więź z klubem jest luźna.
Liverpool ma tylko 28 tysięcy posiadaczy karnetów – stosunkowo niewiele jak na czwarty co do wielkości stadion piłkarski w Anglii. Latem klub zaostrzył też zasady przekazywania biletów przez karnetowiczów i członków.
To wszystko sprawia, że więcej wejściówek trafia do kibiców okazjonalnych, często skłonnych wydać więcej na gadżety, jedzenie i inne elementy „doświadczenia Anfield”. Wraz z rozbudową stadionu wzrosła też liczba miejsc hospitality.
Duża część nowej trybuny Anfield Road End przeznaczona jest dla gości korporacyjnych. To ważne źródło przychodów dla FSG i jeden z czynników, dzięki którym Liverpool stał się najbardziej dochodowym klubem w Anglii. Jednak na początku drugiej połowy, szczególnie w mniej prestiżowych meczach, puste miejsca – kibice wciąż korzystają z udogodnień wewnątrz – rzucają się w oczy.
Rynek „turystyczny” urósł wykładniczo. Serwisy odsprzedaży oferują bilety po wielokrotności ceny nominalnej (jedna strona sprzedaje miejsce na The Kop na mecz z Newcastle za 469 funtów – ponad 10 razy więcej niż cena klubowa). Wiele domów w okolicznych uliczkach to dziś Airbnb, co The Athletic opisywał już wcześniej.
Taka mieszanka kibiców jest nieunikniona przy globalnym zasięgu Liverpoolu, ale ma swoją cenę. Atmosfera na Anfield potrafi przytłoczyć rywali, lecz często tylko przy wielkich okazjach – zwłaszcza w Lidze Mistrzów – lub w reakcji na wydarzenia na boisku. Podczas bardziej „zwyczajnych” meczów, jak te z Barnsley czy Burnley, bywa znacznie spokojniej.
– Istnieje fałszywa nostalgia dotycząca atmosfery – mówi John Gibbons z podcastu The Anfield Wrap. – Kibice Liverpoolu podnoszą poziom, gdy drużyna tego potrzebuje. Jeśli na boisku jest coś, co można wesprzeć, to nieważne, czy to twój pierwszy, czy sześćsetny mecz – będziesz dopingował.
– Kolejki wpływają na atmosferę, bo nie wszyscy są na miejscach, gdy drużyna wychodzi. Ludzie wchodzą zdenerwowani, inni muszą wstawać, żeby ich przepuścić. Przez pierwsze kilka meczów pierwsze 10 minut upływało na wstawaniu. To efekt domina.
Tom Baker zna ten problem aż za dobrze. 53-latek przejechał 400 mil z Somerset na mecz z Brighton w grudniu. Długie oczekiwanie przy wejściu na Anfield Road Stand sprawiło, że przegapił gola Hugo Ekitike po 46 sekundach.
– Do kolejki dołączyliśmy o 14:30 i już wtedy była absurdalna – mówi. – Steward wyjaśnił, że muszą przeszukiwać każdego kibica. Nie mieliśmy o tym pojęcia.
Decyzja o wzmocnieniu kontroli była konsekwencją tzw. prawa Martyna, uchwalonego po zamachu w Manchester Arena w 2017 roku. Przepisy wejdą w życie w 2026 roku, a Liverpool chce być w pełni gotowy wcześniej. Siedem innych klubów Premier League również wprowadziło 100-procentowe kontrole.
Klub przyznaje, że początki były trudne, ale twierdzi, że sytuacja się poprawia. Dane z meczu z Leeds pokazały, że 99,45% kibiców było na stadionie przed pierwszym gwizdkiem.

– To proces, który wciąż trwa, i z meczu na mecz widzimy stałą poprawę – mówi dyrektor operacyjny Liverpoolu, Paul Cuttill. – Wykorzystaliśmy dotychczasowe doświadczenia, aby dalej korygować i rozwijać nasze procedury.
– Na bieżąco analizujemy rozmieszczenie stewardów w znanych „wąskich gardłach” i zwiększamy obecność nadzoru, by mieć pewność, że kontrole są przeprowadzane prawidłowo.
– Stale monitorujemy również godziny przybywania kibiców oraz czas wejścia na stadion. Podczas meczu z Nottingham Forest (22 listopada, pierwszego spotkania, na którym wprowadzono nowe zasady) czas oczekiwania dla kibica, który dołączył do kolejki 40 minut przed pierwszym gwizdkiem, wynosił 24 minuty. Na meczach z PSV i Sunderlandem skrócił się on do maksymalnie 16 minut.
– Ostatecznie to nasza odpowiedzialność, aby procedura kontroli w dniu meczowym była wiarygodna i odpowiadała konkretnym zagrożeniom wynikającym z charakterystyki stadionu, liczby kibiców oraz całego środowiska meczowego.
Klub nadal pracuje nad ulepszaniem planów zarządzania kolejkami oraz nad podnoszeniem kompetencji stewardów. Wdrożenie nowych skanerów rozpoczęło się podczas meczu z Burnley, a kolejne rozwiązania technologiczne są obecnie analizowane.
Liverpool regularnie przypomina kibicom, by przychodzili na stadion o 10 minut wcześniej niż zwykle. Ma to jednak wpływ na otoczenie klubu.
Dziennikarze The Athletic rozmawiali z pracownikami kilku pubów w okolicach Anfield – wszyscy zauważyli spadek obrotów w dni meczowe, ponieważ kibice wcześniej opuszczają lokale i kierują się na stadion. Liverpool podkreśla, że polityka ta dotyczy wyłącznie bezpieczeństwa, jednak właściciele pubów zastanawiają się, czy klub nie chce również skłonić kibiców do wydawania pieniędzy wewnątrz Anfield, zamiast na zewnątrz.
– Z każdym meczem widzę ten efekt coraz wyraźniej – mówi Robert Rogers, właściciel pubu The Twelfth Man przy Walton Breck Road. – Na mecz z Barnsley lokal zaczął pustoszeć już około 19:00, przy pierwszym gwizdku o 19:45. Jesteśmy pięć minut od stadionu i taka jest skala tej zmiany.

– To ma ogromny wpływ. Przy meczach o 15:00 byliśmy zajęci do 14:30–14:45, a teraz ludzie wychodzą przed 14:00 lub dokładnie o tej godzinie – mówi Jay Santangeli, menedżer Hotelu Anfield przy Anfield Road. – To kwestia finansowa, wpływa na atmosferę u nas i na zatrudnienie, bo trzeba ograniczać obsadę. To uderza także w lokalną społeczność.
Dla stałych bywalców stadionu zmiany te oznaczają również naruszenie przedmeczowych rytuałów, które często są traktowane niemal jak świętość.
– Ludzie są istotami z przyzwyczajeniami – mówi Roberts. – Każdy z nas ma swój schemat dnia meczowego, czy to piwo, czy scouse pie przed meczem. Dla niektórych to tradycja zakorzeniona od 20–30 lat. Ja sam się dostosowałem, przychodząc do pubu trochę wcześniej i wychodząc nieco szybciej.
Gibbons, który zasiada w górnym sektorze trybuny Sir Kenny Dalglish Stand, zgadza się z tym podejściem. – Nie siedzę obok swoich kolegów i tak jest w przypadku wielu osób – mówi. – Dla mnie doświadczenie dnia meczowego to bycie z kumplami, pub przed i po meczu. Wyjście 10 minut wcześniej to żaden problem, ale inni muszą wychodzić jeszcze wcześniej z powodu długości kolejek przy ich trybunach.
– Klub poczynił duże postępy wokół Anfield, myśląc o rodzinach i osobach, które rzadko bywają na meczach, ale ci, którzy chodzą co tydzień, mają już swoje ustalone rytuały.
– Obawiam się, że dla części stałych kibiców, przy kolejkach i niezadowoleniu z ograniczeń w przekazywaniu biletów, w końcu pojawi się „kropla, która przeleje czarę goryczy”. Pójście na mecz staje się coraz bardziej uciążliwe, a to może odbierać przyjemność. Uważam, że klub docenia najbardziej oddanych kibiców i nie może ich stracić, bo to oni definiują kulturę wsparcia Liverpoolu.
Jest jeszcze jeden kluczowy aspekt: forma i wyniki na boisku często najbardziej wpływają na nastroje na Anfield. A gdy kibice opuszczali stadion po rozczarowującym remisie 1:1 z Burnley, niewielu z nich było zadowolonych.
Andy Jones

Komentarze (0)