LIV
Liverpool
Towarzyski
26.07.2026
00:00
SUN
Sunderland
 
Osób online 987

Iraola o swojej roli w Liverpoolu i sukcesie Hiszpanów


Nowy trener Liverpoolu zadomawia się podczas przedsezonowego tournée w Chicago i rozpoczyna proces odbudowy tożsamości „The Reds”.

Przy kawie w luksusowym hotelu Liverpoolu w Chicago Andoni Iraola przedstawia swoją teorię na temat niezwykłego sukcesu baskijskich i hiszpańskich trenerów. To właśnie ta filozofia będzie wyznaczała jego podejście do pracy jako szkoleniowca Liverpoolu oraz jego prób przywrócenia na Anfield więzi, radości i wiary. Wszystko sprowadza się do siły kolektywu.

Liga Mistrzów, Premier League, Liga Europy, Puchar Anglii, Puchar Ligi, mistrzostwo Europy, a od niedzieli także mistrzostwo świata – wszystkie te trofea znajdują się obecnie w rękach trenerów z Hiszpanii lub Kraju Basków, nawet jeśli Pep Guardiola opuścił już Manchester City. W przyszłym sezonie aż czterech szkoleniowców pochodzących z niewielkiej baskijskiej prowincji Gipuzkoa poprowadzi czołowe kluby Premier League: Andoni Iraola, Mikel Arteta, Xabi Alonso i Unai Emery. Zdaniem Iraoli istnieje proste wyjaśnienie tego fenomenu.

– Ludzie pytają mnie, dlaczego tak wielu baskijskich trenerów osiągnęło taki poziom i dlaczego hiszpańskie drużyny odnoszą tyle sukcesów. Zawsze odpowiadam, że ogromne znaczenie ma poczucie wspólnoty. Hiszpania nigdy nie miała najlepszych sportowców indywidualnych. Jeśli spojrzymy na pływanie, boks czy lekkoatletykę, Hiszpanie zazwyczaj nie zdobywają tam wielu medali. Ale w sportach zespołowych są bardzo dobrzy. W piłce nożnej, koszykówce, piłce ręcznej czy hokeju regularnie mają silne drużyny. U nas zawsze najważniejszy był zespół. Przykładem jest Rodri. Nie strzelił gola ani nie zanotował asysty, a mimo to Hiszpania wygrała mundial, a on został najlepszym zawodnikiem turnieju. Myślenie „najpierw drużyna” było wpajane nam od najmłodszych lat.

Iraola, mimo zmęczenia po podróży na początku amerykańskiego tournée Liverpoolu, jest serdeczny i otwarty. Szybko daje przykład tego, jak sam kieruje się tymi wartościami. Zostaje zapytany o list, który wysłał do Liverpoolu w styczniu 2014 roku, gdy jako kapitan ukochanego Athletic Club odrzucił możliwość transferu do drużyny Brendana Rodgersa. Według relacji był to niezwykle uprzejmy i pełen szacunku list, który wiele mówi o charakterze Iraoli. To idealna okazja, by zdobyć sympatię nowych kibiców. On jednak nie zamierza z niej korzystać.

Po dłuższej chwili milczenia odpowiada:

– Nie wiem, czy chcę opowiadać tę historię tak wcześnie, na początku mojej pracy tutaj. Wolałbym najpierw wygrać kilka meczów. To dobra historia, ale jeśli przypomnicie mi o niej za kilka miesięcy, wtedy możecie zapytać ponownie. Nie chcę robić tego od razu. Wyglądałoby to tak, jakbym próbował sprzedawać samego siebie. Potrzebujemy czasu i kilku zwycięstw.

Podejście Iraoli – „Nie stawaj się głównym bohaterem” – jest odświeżające i bardzo bliskie wartościom Liverpoolu. Wracając do tematu hiszpańskiego kolektywizmu, dodaje:


– Myślę, że musi być w tym coś z całego społeczeństwa. Nie chodzi tylko o piłkę nożną. Rzeczy dobrze funkcjonują wtedy, gdy nie jesteśmy egoistami. Gdy potrafimy postawić wyżej dobro tych, którzy mają mniej. Tak samo jest w futbolu. Tych, którzy nie grają. Tych, którzy przychodzą z akademii. Tych, którzy zarabiają najmniej. To można porównać do społeczeństwa.

Jednak trzeba też powiedzieć jasno, że w poprzednim sezonie Liverpoolowi brakowało właśnie tej jedności. Kadencja Arne Slota zakończyła się w atmosferze napięć zarówno w szatni, jak i na trybunach. Indywidualne ambicje zaczęły dominować nad dobrem zespołu. Częste publiczne uwagi Mohameda Salaha pod adresem byłego, mistrzowskiego szkoleniowca były tylko jednym z przykładów.

Iraola komentuje to spokojnie:

– Nie mogę zmienić charakteru piłkarzy. Niektórzy bardzo różnią się ode mnie, ale są znakomitymi zawodnikami. Nie chcę zmieniać wszystkich ani narzucać im mojego sposobu myślenia. Ale uważam, że wszyscy musimy myśleć o drużynie. Jako piłkarz zawsze jesteś trochę egoistą. Chcesz grać, chcesz poprawiać swoje statystyki, chcesz spędzać na boisku każdą minutę. Jednak trzeba zrozumieć, że nie zawsze tak będzie, a mimo to nadal trzeba pomagać kolegom i całemu zespołowi.

Dodaje również:

– Pierwszą rzeczą, którą musimy zrobić, jest dobra gra. Ale nie chodzi wyłącznie o to. Kibice muszą utożsamiać się z tym, co widzą na boisku. Czasami nie chodzi o spektakularny strzał w samo okienko. Ludzie na trybunach sami może nie potrafiliby tego zrobić, ale potrafią biegać, walczyć o każdą piłkę, pressować i walczyć do ostatniej sekundy. Gdy widzą, że ich drużyna robi właśnie to, znacznie łatwiej jest im ją wspierać. Chcę, aby mój zespół dawał kibicom właśnie takie powody do dumy.

Choć Michael Edwards – obecnie dyrektor wykonawczy ds. piłki nożnej w Fenway Sports Group – wiele lat temu próbował sprowadzić Iraolę do Liverpoolu, transfer nigdy nie był bliski realizacji.

– Nigdy tak naprawdę nie chciałem odchodzić z Athletic Club. Dla mnie było to najlepsze miejsce na świecie. Jedynym sposobem na odejście było wyjechanie do MLS i spróbowanie czegoś zupełnie innego. Nie chciałem stać się problemem dla klubu.

44-letni szkoleniowiec dostrzega jednak wiele podobieństw między swoim ukochanym Athletic Club a Liverpoolem.

– To jeden z największych klubów świata i w pewnym sensie porównywanie go z Athletic nie jest do końca sprawiedliwe. Ale pod wieloma względami widzę wiele podobieństw. To poczucie przynależności, bycia trochę innym niż reszta. Silna więź z zawodnikami wychowanymi w akademii. Atmosfera Anfield.

Podczas oficjalnej prezentacji w Liverpoolu w ubiegłym tygodniu Iraola zapowiedział, że chce lepiej poznać miasto i „porobić kilka zdjęć” najważniejszym miejscom. W rzeczywistości zna je już całkiem dobrze.

– Bywałem tutaj jeszcze jako piłkarz Athletic i był ku temu bardzo prosty powód – Liverpool miał świetne połączenia lotnicze – śmieje się. – Najlepiej było dolecieć przez Manchester albo Brukselę, a często mieliśmy tylko dwa lub trzy dni wolnego, więc liczyło się przede wszystkim to, żeby szybko gdzieś dotrzeć. Pamiętam, że pierwszy raz przyjechałem do Liverpoolu w okresie jarmarku bożonarodzeniowego, więc musiał być to listopadowy termin reprezentacyjny. Nie mieliśmy jeszcze wtedy dzieci, więc było to wiele lat temu. Spędziliśmy z żoną naprawdę piękny czas.

Tego lata Iraola i jego rodzina, która powiększyła się już o dwójkę dzieci, nie mieli czasu na wakacje.

– Pod koniec maja, gdy dzieci miały przerwę w szkole, pojechałem do domu na tydzień. Było to już po zakończeniu sezonu. Przez większość czasu przebywałem jednak w Bournemouth, ale kilka razy jeździłem także do Liverpoolu, żeby załatwić sprawy związane ze szkołami dla dzieci i znalezieniem domu. Chciałem wszystko uporządkować jeszcze zanim oficjalnie rozpocznę pracę.

Iraola opisuje rozstanie z Bournemouth po trzech bardzo udanych sezonach jako „bardzo, bardzo spokojne” i podkreśla, że o kolejnym kroku w karierze zaczął myśleć dopiero po zakończeniu sezonu, w którym klub po raz pierwszy wywalczył awans do europejskich pucharów.


Proces zostania następcą Arne Slota – jak sam mówi – „przebiegł naprawdę bardzo szybko”.

– Naprawdę. To prawda, że rozmawiałem z kilkoma klubami [zgłaszały się do mnie Milan, Bayer Leverkusen i Crystal Palace]. Było to w pierwszym albo drugim tygodniu po zakończeniu sezonu. Ale wszystko potoczyło się błyskawicznie. Liverpool się ze mną skontaktował i tym razem naprawdę nie potrzebowałem wiele czasu, żeby powiedzieć „tak”.

Kibice Liverpoolu również nie zwlekali. Niedługo po ogłoszeniu zatrudnienia Iraoli stworzyli przyśpiewkę na jego cześć.

Jest ona śpiewana do melodii utworu „Viva la Quinta Brigada” Christy’ego Moore’a – piosenki poświęconej irlandzkim ochotnikom walczącym przeciwko faszystowskim siłom generała Franco podczas hiszpańskiej wojny domowej. Nowa wersja błyskawicznie stała się popularna w mediach społecznościowych już kilka dni po nominacji Iraoli w czerwcu.

Gdy dowiaduje się o tym podczas rozmowy, jest szczerze zaskoczony i niemal krztusi się drugą filiżanką kawy.

– Nową? – pyta z niedowierzaniem. – To dla mnie dziwna sytuacja, ponieważ zawsze uważałem, że piłka nożna jest przede wszystkim dla zawodników. Kiedy przyjechałem do Anglii, pamiętam, że po kilku pierwszych meczach nie podchodziłem razem z piłkarzami pod trybuny, żeby oklaskiwać kibiców. Tommy i Shaun [Elphick i Cooper – moi asystenci z Bournemouth, którzy przeszli ze mną do Liverpoolu] powiedzieli mi, że powinienem do nich dołączyć. W Hiszpanii zazwyczaj zostawia się to zawodnikom. To oni rozegrali mecz, a my pozostaliśmy z boku. W Anglii trenerzy również podchodzą do kibiców, dlatego od tamtej pory robię to po każdym spotkaniu.

Dodaje:

– To są właśnie te kulturowe różnice, których trzeba się nauczyć, gdy trafia się do nowej ligi. Ale ja zawsze powtarzam, że jesteśmy pomocnikami zawodników. To oni są najważniejszą częścią tego wszystkiego. Naszym głównym zadaniem jest im pomagać i tylko oni mogą dać nam sukces. Nie jesteśmy tak ważni jak oni – to jest dla mnie całkowicie oczywiste.

Być może trybuna The Kop miałaby na ten temat inne zdanie. Trudno jednak nie zgodzić się z przekonaniem Iraoli, że największą siłą każdej drużyny jest kolektyw – pod warunkiem, że uda się go odbudować i sprawić, by znów funkcjonował tak, jak powinien.

Andy Hunter

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (1)

kaczmar93 23.07.2026 23:15 #
Ciekawe, że Iraola mówi o swoim sukcesie, ale nie wspomina o tym, jak ciężko jest mu nawiązać do tradycji Liverpoolu. Może lepiej skupić się na grze, a nie na gadaniu.

Pozostałe aktualności