Coraz większa presja na Slocie
Przeciętny sezon Liverpoolu zaliczył kolejny niepokojący zwrot.
Mistrzowie Premier League prowadzeni przez Arne Slota co prawda przedłużyli serię meczów bez porażki do 12 spotkań we wszystkich rozgrywkach, jednak nie ma wątpliwości, że remis 1:1 u siebie z walczącym o utrzymanie Burnley oznacza stratę dwóch punktów.
Bramka Floriana Wirtza z pierwszej połowy powinna być fundamentem pod zwycięstwo Liverpoolu w wyścigu o awans do Ligi Mistrzów, ale gol Marcusa Edwardsa w 65. minucie dał gościom w pełni zasłużony punkt.
Andy Jones z The Athletic przeanalizował najważniejsze wątki meczu na Anfield.
Jak bardzo szkodliwy był ten wynik?
Anfield bardzo wyraźnie dało poznać swoje nastroje.
„Attack, attack, attack” – skandowali kibice na The Kop, gdy Liverpool szukał bramki na wagę zwycięstwa, ale był to bardziej wyraz frustracji niż dopingu.
Liverpool stworzył sytuacje, lecz nie potrafił zdobyć zwycięskiego gola przeciwko nisko notowanemu Burnley, co zwiększyło presję na Arne Slocie. Seria 12 meczów bez porażki trwa, ale jest to passa, która rozczarowuje.

Niezadowolenie w ostatnich tygodniach wynikało z wolnego tempa gry w ataku, braku kreatywności i niewielkiej liczby klarownych okazji. Tym razem Liverpool stworzył ich sporo, lecz nie potrafił ich wykorzystać.
Choć były zwycięstwa z Brighton & Hove Albion i Wolverhampton Wanderers, Liverpool zremisował ze wszystkimi trzema beniaminkami. Nadal zajmuje czwarte miejsce w tabeli, ale to kolejny mecz, który zespół Slota powinien wygrać – a nie wygrał.
Liverpool po raz pierwszy od sezonu 1980/81 nie wygrał żadnego z trzech domowych spotkań ligowych z beniaminkami.
Skąd wzięła się taka niedokładność Liverpoolu?
W minutach poprzedzających wyrównującą bramkę Burnley dało się wyczuć, że gol wisi w powietrzu.
Intensywność Liverpoolu spadła, a zachęcone tym Burnley podkręciło tempo i zaczęło dominować.
Jednym z motywów przewodnich sezonu Liverpoolu jest nieumiejętność kontrolowania prowadzenia. Często zdarzało się to przy dwubramkowej przewadze, lecz gdy prowadzenie wynosi tylko jednego gola, każda chwila niedokładności ma poważniejsze konsekwencje.
Burnley potrafiło utrzymać się przy piłce na połowie Liverpoolu, a gospodarze mieli ogromne problemy z wyjściem spod pressingu. Kulminacją była przegrana pojedynku przez Jeremie’ego Frimponga przy bocznej linii i – po kilku podaniach – potężny strzał Marcusa Edwardsa, który pokonał Alissona Beckera. Akcja była płynna, a Liverpool wyglądał na kompletnie bezradny.

Kilka minut wcześniej Milos Kerkez zawahał się, gdy Burnley odebrało piłkę wysoko. Ibrahima Konaté zdołał przeciąć dośrodkowanie Edwardsa, ale i tak potrzebna była interwencja Alissona, by piłka nie wpadła do siatki.
To kolejny sygnał, że rywale bezlitośnie wykorzystują spadek koncentracji Liverpoolu. „The Reds” ciągle przekonują się o tym na własnej skórze, ale nie wyciągają wniosków.
Jak ocenić dziwny tydzień Szoboszlaia?
To był tydzień pełen wzlotów i upadków dla Dominika Szoboszlaia.
Zaczął się świetnie – od potężnego strzału z 25 metrów, którym otworzył wynik meczu z Barnsley w Pucharze Anglii. Chwilę później przyszło jednak załamanie, gdy jego zagranie piętą przed własną bramką pozwoliło rywalom wrócić do meczu. Trener przeciwników, Conor Hourihane, nazwał to „brakiem szacunku”, a Szoboszlai przeprosił kolegów z drużyny.
Przeciwko Burnley znów oglądaliśmy mieszankę dobrego i złego. Po faulu Florentino Luisa na Codym Gakpo tuż po pół godzinie gry Liverpool otrzymał rzut karny, który Węgier wziął na siebie pod nieobecność Mohameda Salaha – tak jak wcześniej w wygranym 1:0 meczu z Interem.
Tym razem jednak efekt był inny. Szoboszlai uderzył zbyt mocno i piłka z hukiem odbiła się od poprzeczki.



Jeśli jest ktoś w kadrze Liverpoolu, komu można wybaczyć kilka słabszych momentów, to właśnie Szoboszlai – przez większość sezonu był wyróżniającą się postacią zespołu. Jednak przy odrabiającym straty Burnley w drugiej połowie, ten niewykorzystany karny okazał się kosztowny.
I jeśli były jakiekolwiek wątpliwości, czy po powrocie z Pucharu Narodów Afryki Salah odzyska obowiązki egzekutora rzutów karnych, to teraz raczej już ich nie ma.
Jak układała się współpraca Wirtza z Ekitike?
Jednym z największych pozytywów zwycięstwa z Barnsley była rosnąca chemia między Hugo Ekitike a Florianem Wirtzem – obaj strzelili gole i asystowali sobie nawzajem po wejściu z ławki.
Problemy Liverpoolu w ofensywie podczas 11-meczowej serii bez porażki były szeroko opisywane, lecz przeciwko Burnley ten duet ponownie pokazał, że to oni robią różnicę w drużynie Arne Slota.
Obaj mieli udział w bramce otwierającej wynik. Ekitike odebrał piłkę Kyle’owi Walkerowi, minął Axela Tuanzebe i wszedł w pole karne. Jego strzał z ostrego kąta obronił Martin Dúbravka, ale Curtis Jones dopadł do dobitki i wyłożył piłkę Wirtzowi, który uderzeniem w bliższy górny róg zdobył gola.

Wirtz rozpoczął mecz na prawej stronie ofensywnego trio, lecz miał dużą swobodę schodzenia do środka. Przed nim Ekitike dobrze pełnił rolę środkowego napastnika i umiejętnie współpracował z partnerami.
Ich współpraca była szczególnie widoczna w 21. minucie, gdy Wirtz posłał precyzyjne, długie podanie w kierunku Ekitike, który przesunął się na lewą stronę. Napastnik przyjął piłkę, ruszył w stronę pola karnego i zmusił Dúbravke do interwencji.
Ekitike znacznie szybciej zaaklimatyzował się w Premier League niż Wirtz, lecz jego kolega z letniego transferu szybko go dogania. Obaj coraz wyraźniej pokazują, jak kluczowi będą dla realizacji celów Liverpoolu w tym sezonie.
Andy Jones

Komentarze (17)
Prawda jest taka, że styl i wyniki klubu są nieadekwatne do klasy naszych zawodników.
Wniosek:
Praca w LFC to za duże buty dla Slota.
Niech odejdzie dla dobra klubu i dobra swojego.
Powodzenia w innym klubie!